Karkonoszman po raz piąty

Gdy o 6:00 w aucie zadzwonił budzik, nie poczułem klasycznego dla mnie rozdrażnienia. Przez głowę nie przelatywały myśli w stylu ” po jaką cholerę to robię?” czy „mogłem być teraz w domu”. Gdy otworzyłem oczy, miałem jasno postawione zadanie na ten dzień – ukończyć zawody w limicie i utrzymać status „All Finisher’a”. I gdy wysiadłem z auta, z masochistyczną przyjemnością zabrałem się za wykonanie tego zadania.

przed startem Może i nie wygląda zbyt profesjonalnie, ale hej, tym razem nic nie

Czytaj Dalej ->

A.D. 2017

Miałem nie pisać podsumowania roku. Ale chyba udzielił mi się świąteczny nastrój zadumy i refleksji…

Tempo spadło. Wlokę się w zasadzie noga za nogą. Trochę nadrabiam pisaniem, w tym roku nie szło mi ono najgorzej, ale jeśli chodzi o poziom sportowy to walczę z pomysłem, żeby zejść z trasy i rzucić to wszystko w cholerę. Rok 2017 był rokiem trudnym. Trudniejszym, niż jego poprzednik, 2016, który w sumie też do łatwych nie należał. Ale, ale – żeby nie było zbyt pesymistycznie – to nie tak, że ten rok był zły i „Jezu, dobrze że już się kończy”. To że maraton człowieka poniewiera, to nie znaczy, że jest zły, tylko że na długo zapadnie w pamięć. A że zbliżam się właśnie do tabliczki 28 km, to mam prawo podejrzewać, że jestem gdzieś w okolicach ściany. Ściany, którą trzeba po prostu przebić i biec dalej. Liczę tylko, że zachowam się jak na ultrasa przystało i nie skończę na głupim 42 kilometrze, tylko pociągnę do tej setki (ponoć kryzys przy 80 km dopiero potrafi dać w kość – chcę to sprawdzić).

Przyszły święta. Dla nas pierwsze z Martyną. Z tej okazji doczekaliśmy się nawet choinki, chociaż na razie

Czytaj Dalej ->

Motywacja – do usranej śmierci

Wybaczcie wulgarność tytułu. W nowej pracy emocji jest dużo więcej niż na wsi, więc chcąc nie chcąc coraz częściej używam ostatnio słowa na „k”… ale wracając do tematu:

Ten rok to jedna wielka lekcja. Poprzedni leczył mnie z ego, ten leczy mnie z lenistwa. Od stycznia ścieram się z różnymi formami „niechciejstwa”, które czasami przebijało się do wpisów i na facebooka. To nie tak, że uważam się za totalnego lenia. Gdybym był leniwy, rzuciłbym to wszystko w cholerę, sprzedał rower i kupił sobie w końcu konsolę, nowego kompa i Wiedźmina 3. Nie, nie jestem leniwy, ale od prawie roku walczę z buntem na moim własnym pokładzie – z moją głową. Głowa mówi mi, że nie mam już sił i/lub czasu na treningi. Znajduje mi usprawiedliwienia, alibi – muszę przyznać, że dobrze jej idzie, w zasadzie dałem się przekonać. Miesiąc po miesiącu znajdują się kolejne ważne tematy, przy których sport wydaje się nieważny. Rozwód, narodziny Martyny, dalej rozwód, szukanie pracy, ponownie rozwód, choroba Martyny, nowa praca, znowu rozwód… jakie znaczenie przy tym ma wyjście na trening?

Ma znaczenie. Ponad 8 lat temu zadebiutowałem w

Czytaj Dalej ->