Archiwa tagu: marzec

Bajka o tym co działo się w marcu

I zrobiła się połowa kwietnia. Osiągam nowe poziomy nie tylko sportowo, ale również jeśli idzie o bycie w niedoczasie. I chociaż w kwietniu już trochę się działo, to na blogu jestem cały czas w marcu. No nic, trzeba ciąć i pisać skrótowo. Tak więc zbierając ten cały bajzel do kupy…

ZUK

„zlekceważyłeś ten start”. Taki komentarz miała Gosia odnośnie tego, co stało się w Karkonoszach. I w sumie to miała rację. No dobra, nie aż tak prosto, ale konkluzja w sumie taka sama.

20160312_071603Przed startem, fot. Gosia

Nie tak, żebym zaraz pojechał na zawody z marszu. Sporo

Czytaj Dalej ->

Marzniemy w marcu – podsumowanie

Oj, nie był to dobry miesiąc. A raczej nie był dobry treningowo, bo w życiu prywatnym nie narzekam. Widać coś za coś. Zaraz po Wrocławskiej 10. dopadła mnie choroba. Paskudna dosyć, bo moją Asię trzyma do dzisiaj. Ja wykaraskałem się po dwóch tygodniach. A potem było dużo formalizmów w życiu prywatnym, załatwianie, jeżdżenie, spotkania… no i na koniec święta. Jakieś to usprawiedliwienie niby jest, ale przejdźmy do konkretów:

w tym miesiącu biegałem… 4 razy. Aż mi głupio jak patrzę na endomondo. Do tego jeden z tych biegów to start na Wrocławskiej. I jeden po krwiodawstwie (oj, tętno 190+ bolało…) W sumie 30km. Marność nad marnościami. Już w najbliższy weekend jednym startem w zawodach przebiję ten wynik.

O pływaniu mogę powiedzieć, że… go nie było ani razu. Nic. Null.

No dobra, to było cokolwiek w tym miesiącu? Tak! Jest coś, co się udało. A nawet są dwie rzeczy. Po pierwsze rower. Na stojaku posiedziałem 10 razy więcej niż w lutym. W dodatku udało mi się pojechać do wrocławia. Coś, co latem jest przyjemnym treningiem tu zrobiło się naprawdę wymagającym sprawdzianem. Jest dobrze, czuję że nawyk

Czytaj Dalej ->

Wrocławska Dycha – edycja II

„Miało być”. Cholernie często powtarzane stwierdzenie wśród sportowców. I chyba nie tylko sportowców. Plany lubią mieć to do siebie, że planami pozostają.

Jak po biegu powiedziałem Pawłowi, że zrobiłem dychę w 42 min, to podsumował mnie bardzo krótko – „gdybyś się nastawiał, że zejdziesz do 42 min, bo byś się teraz cieszył”. Z perspektywy czasu widzę, że miał dużo racji. W końcu to poprawa wyniku sprzed miesiąca  o 90 sekund lepiej niż jeszcze miesiąc temu. A jednak czuję niedosyt.

Zawody te po raz kolejny nie miały szczęścia do pogody. Było zimno, w nocy spadł śnieg a wiatr był jeszcze mocniejszy niż w pierwszej edycji. Na

Czytaj Dalej ->