maraton zaliczony

III Nocna Ściema – tym razem bez ściemy (relacja)

Do Koszalina dotarliśmy szybko i bezproblemowo. Zadziwiająco szybko i bezproblemowo. Cóż, bywa i tak. Po drodze minęliśmy knajpę gdzie jedliśmy rok temu (a ja również dwa lata temu). Wspomnienie przyjemne, ale tym razem nie kusiłem losu. Sprawdzone jedzenie w złotej literce M, a w Koszalinie makaron od organizatora. Podobno ktoś rok temu dostawał z poślizgiem (nie ja), teraz dostałem gorący pachnący talerz w sekundę po złożeniu zamówienia. Ludzie będą mieli małe pole do narzekania w tym roku…

Powiem szczerze. Nie chciało nam się. Totalnie. A dokładniej:

– Nie chciało nam się siedzieć, to poszliśmy spać. Budzik nastawiony na odprawę.
– Asi nie chciało się iść na odprawę.
– Mi nie chciało się iść na odprawę bez Asi – budzik nastawiony na 1.00
– Budzik przestawiony na 1:15 (nie chciało się…)
– Jeeeezu, czy ja muszę tam iść?! (tu jeszcze bardziej się nie chciało).

Bormanowi też się nie chce wychodzić na nocne wybiegania. No to bądź jak Borman, wyjdź na nocne wybieganie. Trochę pomogło. Ubrałem się, ogarnąłem i podreptałem z Asią na start. Trafiliśmy na końcówkę rozgrzewki, fajnie wyglądali w świetle reflektorów. Chwilka kręcenia się w kółko, całusy na pożegnanie i na start. A start trochę niespodziewany, przez tłum przebiegł pomruk „to już?!” i zaczęliśmy biec.

KoszalinZ galerii Głosu Koszalińskiego, autorstwa Radka Koleśnika

Wiedziałem, że przegnę na początku. Czułem to w kościach i nic nie mogłem z tym zrobić. Te cholerne Koszalińskie górki, najpierw zbieg, na którym „jest tak lekko” a później podbieg na którym „jakoś tak głupio zwalniać”. Pytanie brzmiało tylko, jak bardzo przegnę i o ile zwolnię w drugiej części. Po pierwszej pętli garmin pokazywał 4:52. Zgodnie z planem, zrzucam bluzę na murawę i zostaję w bezrękawniku. Mimo to jest za ciepło, czuję, że jestem mokry. Wszystko jest mokre, asfalt, ubrania, drzewa dookoła… druga pętla też gładko, średnia bez zmian, na trzeciej minimalnie wolniej. Jeszcze pięć… rozpoczynając czwarte okrążenie widzę plecy „Andrzeja”, którego widziałem gdzieś tam na początku jak pomknął do przodu. Biegnie połówkę, to jego ostatnie okrążenie, a na pytanie, czy pociągnąć, siada mi na plecy. Jest okazja skupić się na czymś innym niż liczeniu kilometrów. Kilka razy zaczyna odstawać, ale po delikatnym opr zmniejsza dystans. A gdy dobiegamy do ciemnej alejki i każę mu zapierniczać do mety, nie protestuje tylko przyspiesza. Wbiegając na stadion widzę jeszcze jak wali sprintem do mety i poprawia życiówkę. No i spoko.

sciema2013

Druga pętla, tu Andrzej umyka mi sarnim krokiem
Z galerii Głosu Koszalińskiego, autorstwa Radka Koleśnika

Tylko co teraz? Zostały jeszcze cztery okrążenia, trzeba wrócić do myślenia. Tempo trochę spadło, średnia jest już na poziomie 4:56. Następne kółko idzie jeszcze jako tako, ale średnia spada o kolejne dwie sekundy. Zaczynam dumać, czy wynik 3:3x jest realny i cały czas wydaje mi się, że tak. Co jakiś czas wyłapuję przy trasie Asię, to pomaga. To już tylko trzy pętle. No, znowu stadion, to jeszcze dwie. Średnia już na 5:03. Kurcze, nie widzę Asi… Kociołek, dasz radę. to tylko dwie pętelki. Nawet nie myśl że dyszka, po prostu dwa kółeczka. O, widzisz? Tam przed tobą biegnie gość w dredach. Przechodzi do marszu, ty go mijasz, a po chwili on mija ciebie, bo wrócił do biegu. I tak w kółko. Dasz radę go łyknąć, przecież cały czas biegniesz. No i super, już znowu wracasz na stadion, to tylko kilka skurczy…

Wybiegam na ostatnią pętlę. Ostatnią, to tyle co nic. Nie zatrzymuję się przy wodopoju, gość z dredami zostaje z tyłu i już mnie nie dogania. A ja czuję się źle. Nie żeby bolało coś konkretnego, nie żeby wysiadały płuca. Gdybym miał powiedzieć, co mi jest, to powiedziałbym, że nic. Albo że wszystko. To takie durne uczucie niemocy i skupienie na jednej myśli – niech to się już skończy. Wiem, że dam radę, zrobię to, ale pozwólcie mi się już zatrzymać. Dzwoni Asia, każę jej czekać na mecie i rzucam, że jest źle. Podbieg, zbliżam się do stadionu, ale jeszcze trójkąt i ciemna alejka. Wtem dołącza do mnie Asia opatulona kocem. Szok. Chce mi się płakać, chce mi się wyć, ale biegniemy. Na rozdrożu każę jej czekać na mnie i przyspieszam. Daję z siebie wszystko, podbieg, rondo, drugie, ciemna alejka… wypadam na ostatni podbieg, Asia znowu jest obok. Wpadamy na stadion, ona tnie przez murawę a ja pędzę dookoła. Wiem, że już ponad 3:40, ale chcę urwać tyle, ile się da. W końcu meta. I wspaniałe uczucie, że „już mogę”.

maraton zaliczony

Maraton zaliczony – a ten drewniany krążek to mniej typowy medal w mojej kolekcji

Dostaję medal na szyję, szeptam, że zasłużyłem. Dostaję NRCtę. Asia bierze mnie za rękę i zaczynamy długi spacer do auta. Kilkaset metrów, a na drodze ze dwie barierki do pokonania. Naprawdę dałem z siebie wszystko, co było. Docieram do samochodu, cały się trzęsę, jestem rozpalony. Przykrywam się kołdrą, Asia kładzie się na kanapie z tyłu. Zasypiam.

I na tym można by skończyć. Tylko że poranek okazał się równie ciekawy co noc. Budzik dzwoni o 6:30 nowego czasu, zbieramy się na ceremonię i losowanie nagród. Wiem, że pierwsza będzie długa, a w drugiej mam niewielkie szanse, ale mimo to zostajemy. Zresztą i tak nie czuję się jeszcze na jazdę. Zaczynają od połówki, wygrał Litwin, młody blondyn który na podium wskakiwał jak sarenka. W kategoriach wiekowych lekkie zamieszanie, części osób nie ma, w niektórych nie było dość osób na obsadzenie całego pudła… marzę sobie po cichu, że może te moje wypociny dziwnym trafem wystarczą na trzecie miejsce… dwa lata wcześniej niewiele mi brakowało do pudła. Dochodzą do maratonu, tu też wygrał Litwin, choć już nie tak młody i mniej skoczny. Po nim Polak, a na trzecim znowu Litwin. Żeby dostać się na pudło „wystarczyło” złamać trójkę. Kategorie kobiet, w końcu mężczyzn. W M18 jest jeden zawodnik, w sumie zrozumiałe, mało kto przed dwudziestką biega maratony. Czytają kto ma wyjść do M20 i… pada moje nazwisko! Wow, jednak będzie ten brąz. Cieszę się jak dziecko. Przeskakuję barierkę trybun (kurcze, jednak potrafię), a razem ze mną do podium podchodzi gość w dredach. Trzeci z czytanych się nie stawia. Próbuję się pakować na trzecie miejsce, ale komentator uparcie pokazuje mi środkowy stopień. Głupieję i nie bardzo wiem, co z sobą zrobić. Trofeum wręcza mi przewodniczący stowarzyszenia niepełnosprawnych i jakaś pani której stanowiska niestety nie zapamiętałem. Proszę ich o zdjęcie na pamiątkę i uciekam na trybuny. Kurde, to ci psikus…

Warto jeszcze dodać, że swoją kategorię wiekową (M60) wygrał… niewidomy. Dostał naprawdę potężne owacje. Za to wszystkie kobiety dostały upominek od organizatorów. Co nieco dostało się też niepełnosprawnym, którzy zmierzyli się z którymkolwiek z dystansów. No i jak co roku, poszła spora kwota na cele charytatywne. Fajna ta Ściema, kameralna jak na maraton i pełna małych, pożytecznych pomysłów. Aż Asia stwierdziła, że po raz kolejny zmierzy się z bieganiem – składamy drużynę na przyszłoroczny półmaraton. Będzie się działo!

P.s. Przez moje gapiostwo aparat odmówił posłuszeństwa już na samym starcie. Czekam na zdjęcia organizatorów, to może znajdzie się coś więcej.

5 myśli nt. „III Nocna Ściema – tym razem bez ściemy (relacja)

    1. Iroman Autor wpisu

      Marciny, spokojnie, to dalej jest 3:40 na maratonie, nawet jeśli trudnym. To nawet nie podpada pod drugą ligę 😉

      Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia :D. W końcu przywiozłem linę do opony, jak tylko kolana dojdą do siebie, idę na pole pociągać kuzynkę Zosi!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *