XXXIII Wrocław Maraton – inne spojrzenie

W ostatnią niedzielę miałem małe święto. Święto tym ciekawsze, że połapałem się w nim dopiero w poniedziałek – no bo kto by liczył, że to wypadał akurat dziesiąty ukończony maraton?

Wrocław ponownie nie był dla mnie miejscem do ścigania się. Zeszłoroczne zającowanie oficjalne, zamieniłem w tym roku na zającowanie prywatne. I jako że na dobrą sprawę nie był to mój maraton, to i relacja nie będzie moja. Z przyjemnością, po raz pierwszy, witam na blogu innego autora i oddaję głos (tekst?) Gosi. No, może jeszcze tu i ówdzie wtrącę coś od siebie.

33 Wrocław Maraton. 

Aż mi niezręcznie, że ten mój pierwszy wpis z relacją będzie taki…
…dramatyczny…

To miał być mój drugi maraton ever.
Tym razem, to miał być jednak maraton z extra bonusem, którym miał być Irek jako prywatny support i peacemaker zarazem.  Będąc ciągle jeszcze w euforii wiosennego Orlena i na fali ostatnich życiówek wymyśliłam sobie, że zrobimy go w 4:00.
Zacznę od tego że, niezależnie od czasu pozostałego do startu w tym maratonie ciągle nie rejestrowałam, że „to już”. Nawet w trakcie samej drogi na start śmiałam się, że „jakoś to do mnie nie dociera”, w związku z czym szybko uznaliśmy, że w razie „W”, ten start potraktujemy jako „długie wybieganie”  lub „alternatywne zwiedzanie Wrocławia”. 
no i słowo ciałem się stało…
(u mnie króluje tekst „bardzo ładna wycieczka” – bardzo adekwatny w tym momencie)

Zwarci i gotowi dreptamy na linię startu. Witamy wszystkich napotkanych znajomych… humor dopisuje. Grzecznie wpasowujemy się przed ekipę na 4:00, małe zamieszanie, spiker w ferworze zawodzi jak nawiedzony, wykrzykuje jakieś górnolotne frazesy (było nawet coś o polskiej kolonii w latach dwódziestych – powaga!) i nagle… start.
Niekoniecznie zorientowaliśmy się że nastąpił… ale ruszyliśmy…Pierwsze 5 km zleciały jakoś tak same, że nawet nie wiem kiedy minęliśmy Mosty Jagiellońskie.A na Kasprowicza na widok znajomej wieży obok Zerwy, lekko odpłynęłam w czasy wspinu.
Irek, raportuje że ciągle suniemy za szybko, ale niespecjalnie zwalniamy…
Tak dobijamy do Żmigrodzkiej i Obwodnicy.
(głupi, głupi, głupi – trzeba było robić coś więcej niż tylko raportować…)

Na obwodnicy podłączyła się do nas na chwilę parka, którą w zeszłym roku na maratonie prowadził Irek. Czas mija nam miło, rozmowa się kręci, coś tam sobie opowiadamy, coś tam żartujemy, a słonko świeci…coraz mocniej…
No właśnie słonko…
Na Milenijnym zaczynam czuć się kiepsko  i chyba zmieniam kolory…
A Lotniczej już zupełnie nie pamiętam…bo po prostu minęła.

Rejestruję Stadion, bo z mapy pamiętałam, że wypadało tam coś w okolicy 17 km.
I tam dociera do mnie, że jest ze mną naprawdę kiepsko.
Próbuję się jeszcze przez chwilę trochę pooszukiwać, ale nie… jest lipa – smażę się od środka,
a wszelkie próby chłodzenia się wodą nie przynoszą oczekiwanego efektu.

Suniemy Legnicką i mijamy półmetek, tuż za którym zaczyna się moja „Highway to hell” (to przecież świetny utwór do biegania!).
Dochodzi do tego, że hasło „lej mnie” nabiera nowego znaczenia 🙂
Za półmetkiem moja głowa totalnie odmawia współpracy.
Po drodzę widzę nawet batmana (ale nie okazał się halucynacją).
W tym momencie Irek zintensyfikował swoje wysiłki i wezwał chyba wszystkie możliwe tajne moce, aby pozbierać te puzzle co ze mnie sypały się po drodze.
A w chwili totalnej padaki, zaczyna sypać całkiem śmiesznymi kawałami …
tylko ja nie mam siły się śmiać…
I nie, to nie była sławetna „ściana”… mi się zwyczajnie chciało rozbeczeć…
…że tak to się „jakoś” potoczyło – że moje ciało strajkuje niczym Solidarność w latach 80’ych.
…no comments…
(żeby nie było – nowe znaczenie „lej mnie” to oczywiście polewanie wodą zdobytą na punktach – nie myślcie sobie…)

Grabiszyńskiej nie pamiętam… wyparłam ją z pamięci….po prostu.
Ale za chwilę, na Hallera, po Irkowych reanimacjach, zaczyna być  ok.
Za Carrefourem wraca mi również humor, pomimo że dalej czułam „brak akcji”.
Na Borowskiej nawet postanawiam się pozbierać, ale zbieram się…, i zbieram…, i ….na zbieraniu pozostaje.
Ha, ha!… mówię nawet, że po 36 km rozkręcę się na całego…
Na Sienkiewicza ogarniam szpaler chyba kilkudziesięciu zatrzymanych tramwajów…
i myślę cholera ile ich jest???

Zostało niewiele…ale ten fragment niestety ciągnie się.
Do mety jeszcze dwa zakręty,
ostatni kilometr,
i finiszujemy;

mocno…bardzo mocno…
(moje ulubione) ostatnie 10 sekund …
i meta
…już po krzyku…
4:30
…no comments…

Epilog

… Wszystko w sumie było super fajnie, gdyby nie fakt, że przecież nie taki był plan.
Co zawiodło? Do dzisiaj nie do końca wiem i umiem odpowiedzieć na to pytanie. I najłatwiej byłoby mi zwalić wszystko na pogodę….(no ale jednak… miałam i czułam „piekło”…)
A może po porostu to była trefna data? – w końcu 13-go!
A może za mocno ściśnięte sznurówki, albo nie ten kolor koszulki?
A może moje nonszalanckie nastawienie, że maraton ot tak, zrobię 30 minut krócej…?

Trzeba przyjąć to na klatę, że nie zawsze się wygrywa i nie zawsze są życiówki…
Ale nic to. Przecież nie tylko to, w tym bieganiu jest najważniejsze…
Najważniejsze (jak to mawiał klasyk) jest „niewidoczne dla oczu”…
W związku z czym chcę powiedzieć, że jak dla mnie życiówkę (w kategorii motywowanie) to zrobił Irek i to on, jak dla mnie  powinien otrzymać wszystkie medale tego maratonu…
za co?… wiadomo…przede wszystkim za to co zrobił żeby mnie pozbierać , i… (fragment niejawny)
(tu dłuższy komentarz i ujawnienie tajemnicy – bo już robi się za bardzo pikantnie. Zwyczajnie poniosło mnie trochę w kwestii wymyślania gdzie by tu jeszcze Gosię oblać wodą. Fajna sprawa, polecam wszystkim zającom w upalne maratony 😉  )

 Więc na koniec ku pokrzepieniu, i żeby ktoś nie pomyślał, że ten maraton, to była klapa i totalna porażka będzie…. fraszka!
„…o korzyściach z błędów”…

błąd to okazja do nauki,
a czasem moment przełomowy,
który jest szansą na to aby
dotrzeć do celu w sposób nowy…

tekst: autor nieznany
(fraszki, nie relacji)

To na tyle, a już jutro kolejny start, i to taki, przed którym ja trochę trzęsę portkami (Gosia jeszcze nie wie, na co jedzie, więc ma lepiej). Do zobaczenia na Przejściu.

Jedna myśl nt. „XXXIII Wrocław Maraton – inne spojrzenie

  1. Ł.O.

    U mnie plan był podobny, bieg skończył się w tym samym miejscu (przy stadionie), a maraton z czasem ponad 20min gorszym. Gratuluję pacemakera :).

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *