XXXII Maraton Wrocław – debiut w zającowaniu

W nocy z piątku na sobotę imprezowałem. Ostro imprezowałem, przyznaję – do białego rana. Impreza nazywała się Orienter i polegała na wałęsaniu się po lasach i polach na rowerze. Niby udało się coś odespać w sobotę, ale niedzielny poranek skończył się ciężkim bojem z siłą grawitacji. Pierwsza poddała się Asia, która chciała się ze mną zabrać do Wrocławia – stwierdziła, że załatwi to innym razem. To dawało mi jakieś pół godziny dodatkowego drzemania. Oczywiście, gdy po pół godziny zadzwonił budzik, wcale nie było łatwiej. Podniosłem się na styk z czasem, aby półprzytomnym spakować potrzebne rzeczy. Poszło dobrze, zapomniałem tylko o żelach. I buty po piątkowym balu musiałem zabrać mokre.

To wszystko brzmi co najmniej dziwnie, jeśli wziąć pod uwagę, że miałem tego dnia do przebiegnięcia maraton. Na moje szczęście, nie był to jednak nie miał być zwykły maraton. Tym razem, dla odmiany, miał to być najwolniejszy maraton w moim życiu. Miesiąc przed zawodami zmieniłem status z „zawodnik” na „zając” i postanowiłem prowadzić grupę na złamanie 4 godzin i 45 minut. Początkowo bałem się, że moje nogi zgłupieją od tak wolnego biegania, ale później przekonałem sam siebie – przecież to taki „świński trucht”, podobny do tego, który stosuję na końcu setek. Trzeba go tylko utrzymać przez te niecałe pięć godzin.

Dobrze być „tubylcem” – dojazd, mimo barierek i ograniczeń nie sprawia mi większych kłopotów, znajduję też miejsce pod stadionem. Lekkim truchtem wpadam do biura zawodów, znajduję moje nazwisko na liście i idę do odpowiedniego stolika. A tam zonk – nie ma takiego numeru. Pewnie Zające mają odłożone, idę więc do organizatora dopytać. Kolejny zonk – numer powinien być wśród wszystkich innych. Sprawdzamy jeszcze raz – okazuje się, że na liście jest trzech Kociołków, próbowałem robić za poznanego rok temu Andrzeja. Odbieram właściwy numer i idę na zebranie organizacyjne. Tam poznaję Gosię i Pawła, z którymi będę prowadził moje stadko. Pobieramy koszulki, szykujemy balony i robimy wspólną fotkę. Pora zbierać się do auta i przygotować do biegu. Po drodze kupuję jeszcze dwa żele. Baloniki przywiązuję do auta i wchodzę do środka się przebrać.

Ściągam spodnie i rzucam okiem przez szybę – a tam baloników brak. Ubieram się i wychodzę – właśnie odlatują w siną dal. Nie znam się, nie wiem, czy to dobry znak, czy zły. A jak zły, to co oznacza? Pobiegniemy za szybko, czy może za wolno? Zwijam się szybko i truchtam do biura zrobić kolejny zestaw. Po drodze widzę kolejki do TOY TOYek – bez szans, żebym teraz zdążył zaliczyć. No nic, będzie trzeba jakoś wytrzymać te 5 godzin… robię kolejne balony, niestety nie ma już pomarańczowych, i wychodzę na start. Po chwili dołączają do mnie pozostałe zające – Paweł i Gosia są wyposażeni w różowe królicze uszy, które przykuwają uwagę bardziej, niż baloniki. Robimy zainteresowanym krótkie zgrupowanie – ja wnoszę trochę krzyku, Paweł przekazuje najważniejsze informacje, a po sygnale spokojnie zaczynamy. Minie trochę czasu, zanim tu wrócimy.

maraton wroclaw91brama na stadion olimpijski – ze strony wroclaw.pl

O samym biegu nie bardzo wiem, co napisać. Stwierdzenie, że na 30tym kilometrze śpiewałem „stokrotkę” nie odda dramaturgi tamtego momentu. Nie jestem w stanie przekazać, jak zdzierałem sobie gardło, próbując nakłonić kibiców do głośniejszego dopingu, nie pokażą tego zdjęcia. Moje nogi łatwo przestawiły się na nowe tempo, mogłem więc skupić się na zagrzewaniu ludzi do walki. Bo dla większości była to walka – grupa rwała się co jakiś czas, zwłaszcza na punktach żywieniowych. Zagarniałem wtedy nasze owieczki i naganiałem, żeby dołączyły do Pawła i Gosi. Różnie to wychodziło, już od piątego kilometra słyszałem sapanie dookoła siebie, odzew na moje zakrzyki bywał różny, w okolicach 25km miałem wrażenie, że to koniec biegu, większość tylko spuszczała głowy i truchtała. Potem na szczęście zrobiło się lepiej. W okolicach Hallera aktywny zrobił się „Szeregowy Kowalski”, chłopak brzmiał rześko i wydawał się pełen energii. Po następnym punkcie żywieniowym na okrzyk „Kowalski, odmeldować się” – zaległa cisza. Poczułem się, jakbyśmy naprawdę stracili człowieka. Zaczęliśmy porównywać grupę do legii cudzoziemskiej, zwłaszcza, że z Wrocławia było raptem kilka osób. Rynek, na który tak czekałem, okazał się prawie pusty. Najgłośniej dopingowali nas azjaci siedzący w restauracji i… inny zawodnik, którego dogoniliśmy. Niestety, po około kilometrze prowadzenia nas, odpuścił i przeszedł do marszu. A my pobiegliśmy dalej, bo w powietrzu czuć już było metę…

Wybaczcie chaos w opisie, ale dla mnie samego na tym biegu kilometry i chronologia nie miały zbyt wielkiego znaczenia. Miałem rozbudzać emocje i sam trochę dałem się im ponieść. Gdy w końcu dotarliśmy do placu Bema i do mety została tak naprawdę jedna długa prosta, wiedziałem, że to już koniec walki. Ci, którzy dotrwali do teraz raczej dotrwają do końca, czas mieliśmy optymalny, byliśmy tylko trochę za szybko, głównie przez złe oznaczenie trasy w pierwszej połówce. Gdy wbiegliśmy do parku koło stadionu, daliśmy sygnał do finiszu dla tych, którzy czuli że mogą. O dziwo całkiem sporo osób ruszyło do przodu. Szybka wymiana zdań z Pawłem i postanawiamy, że pociągnę ich tyle, ile dadzą rade. W grupce jest nawet jedna dziewczyna. Przyspieszamy na każdych stu metrach, na ostatniej alejce już naprawdę biegniemy. Widać metę, większość osób nie dowierza, że to już. Zmuszam ich do ostatniego zrywu, jednemu gościowi zabieram nawet butelkę, którą targał od nie_wiadomo_jak_dawna, i każę biec. Gardło ostatecznie odmawia posłuszeństwa i zamiast krzyczeć, skrzeczę. Zadanie wykonane.

P.s. Po biegu odebrałem smsy z wynikami – różnica w pozycji między połówką a metą (około 700 miejsc) robi wrażenie. W tej kwestii nie okłamaliśmy naszych owieczek 😉

3 myśli nt. „XXXII Maraton Wrocław – debiut w zającowaniu

  1. Grzesiek

    Owszem to była walka. Ale warto było. Dzięki za motywację na trasie. Kawał dobrej roboty. To nasz debiut z czasem 4:42:53. Pozdrawiamy, Grzegorz (3817) i Małgorzata (4504). ..i do zobaczenia na trasie 🙂

    Odpowiedz
    1. Iroman Autor wpisu

      Hej Grzesiek – super, że ktoś z naszej grupy dotarł do tej relacji 🙂
      Gratulacje debiutu dla was obojga i już teraz zapraszam na przyszły rok na zawody w Brzegu Dolnym. Śledźcie bloga/Facebooka, to prędzej czy później pojawią się jakieś informacje 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *