Archiwa tagu: wrocław

Punkt wyjścia

Wrzesień 2016. Bieg IT, dystans 10 kilometrów, jak się później okazało, „prawie”. Ruszam spokojnie, wyprzedza mnie tłum ludzi, ale z każdym kilometrem rozkręcam się coraz bardziej. To ja zaczynam wyprzedzać, a średnie tempo na zegarku sukcesywnie spada, by w końcu przekroczyć granicę 4:00 min/km. Ostatecznie dorzucam do pieca na kilkaset metrów przed metą, łykając jeszcze kilka pozycji do góry i kilkanaście sekund na wyniku. Średnia z Garmina 3:57, a oficjalny czas 38:19. Mniejsza o to, że była to życiówka – to był jeden z dwóch najlepiej rozegranych przeze mnie biegów w życiu (obok Półmaratonu Ślężańskiego z tego samego roku).

Od tamtego czasu minęło pół roku. Pół roku które trudno nazwać rozwojem. Nadszedł marzec,  nadeszła Wrocławska Dycha, zawody które już raz były dla mnie odbiciem się od dołka. (dygresja: poznałem wtedy Łukasza – Dzika – Rakowskiego, wyglądał trochę inaczej niż dzisiaj i inne prędkości rozwijał).
Wrocławska to taki fajny punkt startowy dla sezonu. Pogoda już pozwala na strój startowy

Czytaj Dalej ->

XXXIII Wrocław Maraton – inne spojrzenie

W ostatnią niedzielę miałem małe święto. Święto tym ciekawsze, że połapałem się w nim dopiero w poniedziałek – no bo kto by liczył, że to wypadał akurat dziesiąty ukończony maraton?

Wrocław ponownie nie był dla mnie miejscem do ścigania się. Zeszłoroczne zającowanie oficjalne, zamieniłem w tym roku na zającowanie prywatne. I jako że na dobrą sprawę nie był to mój maraton, to i relacja nie będzie moja. Z przyjemnością, po raz pierwszy, witam na blogu innego autora i oddaję głos (tekst?) Gosi. No, może jeszcze tu i ówdzie wtrącę coś od siebie.

33 Wrocław Maraton. 

Aż mi niezręcznie, że ten mój pierwszy wpis z relacją będzie taki…
…dramatyczny…

To miał być mój drugi maraton ever.
Tym razem, to miał być jednak maraton z extra bonusem, którym miał być Irek jako prywatny support i peacemaker zarazem.  Będąc ciągle jeszcze w euforii wiosennego Orlena i na fali ostatnich życiówek wymyśliłam sobie, że zrobimy go w 4:00.
Zacznę od tego że, niezależnie od czasu pozostałego do startu w tym maratonie ciągle nie

Czytaj Dalej ->

XXXII Maraton Wrocław – debiut w zającowaniu

W nocy z piątku na sobotę imprezowałem. Ostro imprezowałem, przyznaję – do białego rana. Impreza nazywała się Orienter i polegała na wałęsaniu się po lasach i polach na rowerze. Niby udało się coś odespać w sobotę, ale niedzielny poranek skończył się ciężkim bojem z siłą grawitacji. Pierwsza poddała się Asia, która chciała się ze mną zabrać do Wrocławia – stwierdziła, że załatwi to innym razem. To dawało mi jakieś pół godziny dodatkowego drzemania. Oczywiście, gdy po pół godziny zadzwonił budzik, wcale nie było łatwiej. Podniosłem się na styk z czasem, aby półprzytomnym spakować potrzebne rzeczy. Poszło dobrze, zapomniałem tylko o żelach. I buty po piątkowym balu musiałem zabrać mokre.

To wszystko brzmi co najmniej dziwnie, jeśli wziąć pod uwagę, że miałem tego dnia do przebiegnięcia maraton. Na moje szczęście, nie był to jednak nie miał być zwykły maraton. Tym razem, dla odmiany, miał to być najwolniejszy maraton w moim życiu. Miesiąc przed zawodami zmieniłem status z „zawodnik” na „zając” i postanowiłem prowadzić grupę na złamanie 4 godzin i 45 minut.

Czytaj Dalej ->

XXXI Wrocław Maraton – bieg po swoje

Z Asią przyjechaliśmy na miejsce w okolicach 7.00, szybki odbiór pakietu bez stania w kolejkach i po formalnościach. Cenię sobie we Wrocławiu to, że pakiet można odebrać w dniu zawodów, szkoda tylko, że akurat tutaj najłatwiej by mi było zrobić to wcześniej ;). W ramach pakietu koszulka, wejściówka na siłownię i godzinne spa, izotonik, trochę ulotek, program, dwie gazety (nie żadne tam czasopisma!)… na kolana nie powala, ale i nic więcej nie potrzebuję. Na dobrą sprawę najbardziej ucieszyłem się z izo, bo nie wziąłem nic swojego. Przed startem jeszcze jeden miły epizod – poznałem w końcu drugiego „biegającego Kociołka” z naszych okolic. A wyglądało to tak:

Toaleta z jedną kabiną, stoję w kolejce, przede mną jakiś gość – zagaduję, skąd przyjechał, on że z Wołowa:
„o, to z tych samych okolic co ja, bo jestem z Brzegu Dolnego”
„… ty jesteś Kociołek?”
„…?”
„bo ja jestem ten drugi”

I tak oto poznałem człowieka, z którym (sprawdziłem!) jestem spokrewniony przez mojego prapradziadka ;). Zbigniewie, jeśli to czytasz – gratulacje

Czytaj Dalej ->