Archiwa tagu: wiosna

Tata biega… jak umie. Miękinia półmaraton

Wstaliśmy rano i z lekką obsuwą zebraliśmy się do wyjazdu. Znaczy Mama i Tata się zebrali, bo ja spałam. A obsuwa była, bo trzeba było spakować nie tylko mnie ale jeszcze tatę (albo odwrotnie?). Tata mówi, że najgorzej jechać na zawody, które są pod domem, bo wtedy zawsze człowiek myśli, że zdąży, a koniec końców jest na styk. Ja tam nie wiem, tutaj na styk nie byliśmy, był nawet czas pojeździć moim wózkiem w ramach rozgrzewki. Przecież szkoda by było nie skorzystać z takiego słońca.

20170409_101304
Tata jakiś taki zdziadziały w

Czytaj Dalej ->

Bajka o tym co działo się w marcu

I zrobiła się połowa kwietnia. Osiągam nowe poziomy nie tylko sportowo, ale również jeśli idzie o bycie w niedoczasie. I chociaż w kwietniu już trochę się działo, to na blogu jestem cały czas w marcu. No nic, trzeba ciąć i pisać skrótowo. Tak więc zbierając ten cały bajzel do kupy…

ZUK

„zlekceważyłeś ten start”. Taki komentarz miała Gosia odnośnie tego, co stało się w Karkonoszach. I w sumie to miała rację. No dobra, nie aż tak prosto, ale konkluzja w sumie taka sama.

20160312_071603Przed startem, fot. Gosia

Nie tak, żebym zaraz pojechał na zawody z marszu. Sporo myślałem

Czytaj Dalej ->

Wiosenne porządki roku 2015

Patrzę na ostatni wpis i na zdjęcie mikołajów na mecie. Dalej wywołuje ono uśmiech, ale najwyższa pora iść dalej – również jeśli chodzi o bloga. Wiosna dopadła tej zimy także mnie, tak więc porządki czas zacząć. Nawet jeśli „na wiosnę” czeka mnie powtórka. A kto to wie…

Znika więc dzisiaj z bloga otoczka związana z Biegiem Mikołajkowym, a blog zaczyna się budować od nowa. Na pierwszy ogień idzie lista startów (tych przeszłych i tych przyszłych), bo znowu nie umiałem zachować umiaru i plan na 2015 spuchł już w styczniu. Aż strach pomyśleć, co będzie jak zacznę dorzucać po drodze kolejne znaczki na kalendarzu…

DSC00206

I to tyle na teraz – zabieram się za

Czytaj Dalej ->

koniec

… zwykła, ludzka radość – Dębno maraton cz. II

Wbiegam do miasta. Ufff, nareszcie, te podbiegi pod wiatr to nie była najprzyjemniejsza część. Wbrew oczekiwaniom nie skręcam znowu na dużą pętle, a trasa kieruje mnie do centrum. Aha, czyli mała pętla, później duża i mała na finisz. Nieznacznie zwalniam, obecna średnia wychodzi na 3:28, a ja powoli zaczynam czuć że przeholowałem. „Ale spokojnie Kociołek, jak na razie jakoś leci”. Pętla po mieście to jednak fajna rzecz – znowu tłumy ludzi, trasa kręta, nie można narzekać na monotonię. No i między budynkami znika wiatr. I tylko brzuch znowu wysyła jakiś dziwny sygnał – brrruuum i cisza. Przebiegam po raz kolejny obok miejsca gdzie spiker mówi do mikrofonu (tym razem bez wygłupów, wystarczy że na pierwszej pętli wymówił do mikrofonu moje nazwisko 😛 ). znowu jest w dół i tempo nieznacznie wzrasta. Jeszcze kawałek i wybiegam z miasta.



Czytaj Dalej ->