Archiwa tagu: Gdynia

Baw się dobrze – Gdynia IM 2017

Siedzę i popijam bezalkoholowego Lecha o smaku mięty (rozdawali czteropaki na mecie w Gdyni i choć nie przepadam za piwem, to ten smak już zawsze będzie dla mnie smakiem znad morza). Stukam w klawiaturę. Nogi bolą, reszta ciała w sumie też. Układ trawienny już powoli ogarnął, że jest po imprezie. I jak to po dobrej weekendowej imprezie, dociera do mnie, że gdzieś wcięło poniedziałek i jest wtorek wieczór. Widać imprezowanie nad morzem musi być z przytupem.

Szczerze mówiąc, to ja tak naprawdę nie lubię tego IM w Gdyni. Tak po prostu, nie trafiła do mnie, nie zakochaliśmy się od pierwszego, ani nawet od drugiego wejrzenia. Za to w tradycję już weszło, że te wyjazdy są namiastką urlopów, na które jakoś nie trafiało mi się w ostatnich latach jeździć zbyt często. Dalej ciepło wspominam pierwszy wyjazd, w 2015 roku, gdy nocowaliśmy w Kolbudach nad jeziorem.Może to głupio zabrzmi, ale byliśmy wtedy jak takie triathlonowe dzieci, które wybrały się na dużą imprezę. Jak patrzę dzisiaj na MAXiak’ów: Krzyśka, Kacpra, Romka, Kaśkę i innych – to przebyliśmy długą drogę od tamtego wyjazdu… Oj chyba mi jednak to bezalkoholowe nie służy, bo na wspominki

Czytaj Dalej ->

3 x 1/2 IM

Sezon TRI ma się ku końcowy, przynajmniej w moim wykonaniu. Być może jeszcze spontanicznie coś tam wpadnie, ale zasadniczo co było do zrobienia w tym sezonie, zrobiłem. Trzy połówki to i tak aż nad to, jak na moją głowę.

Zaczęło się szaloną wyprawą na Karkonoszmana – jechać, nie jechać, „dobra, to jednak jechać”. Zimny, deszczowy, ponury poranek przed startem, uparta myśl w głowie, co ja tutaj w zasadzie robię… i nagle trzeba biec do wody, bo to już. Tak pobiegłem, że zrobiłem najlepszy czas na pływaniu ever (również jeśli idzie o samopoczucie). Wycieczka rowerowa po trasach, które znałem z obozu, kryzys, który przywitałem na totalnym luzie, a nawet z uśmiechem. Dziecięca radość z otrzymanych wafelków i przegapienie w tym wszystkim najtrudniejszego odcinka trasy. Po czymś takim bieg był już tylko podsumowaniem, które trzeba było zrobić, nie patrząc na styl. Wejście na przełęcz Karkonoską to mieszanina śmiechu i łez ze zmęczenia, a potem… a potem rura do mety i ściganie tych, którzy łyknęli mnie na dole. Szkoda, że nie było z kim się ciąć na Śnieżce, bo mogłoby być naprawdę ciekawie. Ostatecznie na szczycie melduję się

Czytaj Dalej ->