Archiwa tagu: bieganie

zamieć ikona

Zamieć – odsłona III

„O, jak ładnie”

„O ja pier*** jak tu pięknie”

„O kur**, tu jest zaje** ”

Pierwsza runda biegu na Skrzyczne upłynął mi w dużej mierze na przekleństwach. Na szczęście nie były one spowodowane (przynajmniej w tych momentach) tańczeniem na lodzie, czy ostrymi podejściami.  Temperatura na lekkim plusie, lekki wiatr, lekkie słońce. Nawet śnieg zmieszany z błotem byłem gotów nazwać lekkim w tych warunkach. No bo jak można nie odrywać się od ziemi w takich okolicznościach?



Czytaj Dalej ->

1379427_233485543482264_1685718834_n

II ZUK – Zimowe Karkonosze na wiosnę

Po raz kolejny przekonałem się, jak dobrze jest mieć rodzinę w okolicach bazy zawodów. W piątek przyjechaliśmy do rodziców Asi, wieczorem krótka wycieczka do Karpacza na odprawę (sierotka zapomniała dokumentów, ale udało się wynegocjować numerek startowy „na twarz”) i na badania dla uniwersytetu medycznego (na których wyszło, że ledwo stoję na nogach). Raz-dwa i można było wracać do Jeleniej, w dodatku z dobrą informacją – rano mogę jechać prosto do Jakuszyc, czyli pospać odrobinę dłużej. Krótkie ogarnięcie sprzętu i do wyra.

Powiem szczerze – nie wiedziałem, czego się spodziewać po tych zawodach. Z jednej strony od dwóch miesięcy trenuje dosyć intensywnie, z drugiej biegowo jestem przygotowany średnio. Niby forma jest, choróbska nie ma, z drugiej w czwartek czułem się naprawdę zmęczony. Do tego nie wiedziałem czego spodziewać się w górach, bo na dole szalała wiosna, a szczyty dookoła były pokryte śniegiem. Ostatecznie postanowiłem, że ruszę spokojnie, a później „się zobaczy”

„Tramwajem jadę na wojnę”
Poranek bez przygód

Czytaj Dalej ->

XXXII Maraton Wrocław – debiut w zającowaniu

W nocy z piątku na sobotę imprezowałem. Ostro imprezowałem, przyznaję – do białego rana. Impreza nazywała się Orienter i polegała na wałęsaniu się po lasach i polach na rowerze. Niby udało się coś odespać w sobotę, ale niedzielny poranek skończył się ciężkim bojem z siłą grawitacji. Pierwsza poddała się Asia, która chciała się ze mną zabrać do Wrocławia – stwierdziła, że załatwi to innym razem. To dawało mi jakieś pół godziny dodatkowego drzemania. Oczywiście, gdy po pół godziny zadzwonił budzik, wcale nie było łatwiej. Podniosłem się na styk z czasem, aby półprzytomnym spakować potrzebne rzeczy. Poszło dobrze, zapomniałem tylko o żelach. I buty po piątkowym balu musiałem zabrać mokre.

To wszystko brzmi co najmniej dziwnie, jeśli wziąć pod uwagę, że miałem tego dnia do przebiegnięcia maraton. Na moje szczęście, nie był to jednak nie miał być zwykły maraton. Tym razem, dla odmiany, miał to być najwolniejszy maraton w moim życiu. Miesiąc przed zawodami zmieniłem status z „zawodnik” na „zając” i postanowiłem prowadzić grupę na złamanie 4 godzin i 45 minut.

Czytaj Dalej ->

medal 2

„Moc, mróz i przewrotki”, czyli Zamieć 2014

Zaczęło się prosto – przeglądając napieraja wpadłem na informację o nowych zawodach. 24 godziny szlajania się po górach, w formie pętli brzmiało fajnie, a jeszcze lepiej, gdy doczytałem, że można z tego zrobić sztafetę. Paweł stawiał opór tylko chwilę i ostatecznie dał się namówić na wspólny start.

Później było kilka problemów. A to kurtka z kapturem, a to gwizdek (ostatecznie kupił go Paweł, cena jakby był ze złota, ale niestety zwykły plastik).. Organizator nie pozostawił złudzeń – wyposażenie obowiązkowe trzeba mieć i basta. W ramach przygotowań sprzętowych zdążyłem jeszcze przetestować moje stare buty z bieżnikiem i zmusić Pawła, żeby załatwił sobie kijki trekingowe. Za oknami temperatura rzadko spadała poniżej zera i zasadniczo nastawiałem się na kupę błota z śladami śniegu… a później przyszła zima. Paweł zaczął coś marudzić („umrzemy” i inne takie), ale stanął na wysokości zadania i w sobotni

Czytaj Dalej ->