Archiwa tagu: 42.195

XVI Poznań Maraton

11 ukończony maraton. Od pierwszego, we wrześniu 2010, zmieniło się wszystko i nic. Dystans, ból na trasie, nawet muzyka… nawet myśli na trasie idą w tych samych kierunkach… I tylko czasu na trasie trochę mniej się spędza.

Tym razem na zawody pojechaliśmy aż w cztery osoby – liczebność dawno już u mnie niespotykana. Do samochodu przygarnęło nas dwóch Marcinów, znajomych Gosi. Dla ułatwienia na początku wyprawy dostali numery (1 i 2), które utrzymały się do samego końca. Głównym plusem takie układu był niewyczerpany wprost potencjał do rozmów – w aucie, w hostelu, przy jedzeniu, przed startem i na mecie. Dawno się tyle nie nagadałem i nie nasłuchałem.

Nocleg Gosia wyszperała w Hostelu Poco loco – trafiliśmy do pokoju o nazwie „Nowak”, jak się okazało, na cześć Kazimierza Nowaka, którego określiłem tylko jednym mianem – wariat. Oczywiście w tym pozytywnym sensie. Mam nową lekturę na swojej liście. Kolacja w knajpie, nocne polaków rozmowy, okazja do posłuchania co nieco od triathlonisty –

Czytaj Dalej ->

XXXIII Wrocław Maraton – inne spojrzenie

W ostatnią niedzielę miałem małe święto. Święto tym ciekawsze, że połapałem się w nim dopiero w poniedziałek – no bo kto by liczył, że to wypadał akurat dziesiąty ukończony maraton?

Wrocław ponownie nie był dla mnie miejscem do ścigania się. Zeszłoroczne zającowanie oficjalne, zamieniłem w tym roku na zającowanie prywatne. I jako że na dobrą sprawę nie był to mój maraton, to i relacja nie będzie moja. Z przyjemnością, po raz pierwszy, witam na blogu innego autora i oddaję głos (tekst?) Gosi. No, może jeszcze tu i ówdzie wtrącę coś od siebie.

33 Wrocław Maraton. 

Aż mi niezręcznie, że ten mój pierwszy wpis z relacją będzie taki…
…dramatyczny…

To miał być mój drugi maraton ever.
Tym razem, to miał być jednak maraton z extra bonusem, którym miał być Irek jako prywatny support i peacemaker zarazem.  Będąc ciągle jeszcze w euforii wiosennego Orlena i na fali ostatnich życiówek wymyśliłam sobie, że zrobimy go w 4:00.
Zacznę od tego że, niezależnie od czasu pozostałego do startu w tym maratonie ciągle nie

Czytaj Dalej ->

XXXII Maraton Wrocław – debiut w zającowaniu

W nocy z piątku na sobotę imprezowałem. Ostro imprezowałem, przyznaję – do białego rana. Impreza nazywała się Orienter i polegała na wałęsaniu się po lasach i polach na rowerze. Niby udało się coś odespać w sobotę, ale niedzielny poranek skończył się ciężkim bojem z siłą grawitacji. Pierwsza poddała się Asia, która chciała się ze mną zabrać do Wrocławia – stwierdziła, że załatwi to innym razem. To dawało mi jakieś pół godziny dodatkowego drzemania. Oczywiście, gdy po pół godziny zadzwonił budzik, wcale nie było łatwiej. Podniosłem się na styk z czasem, aby półprzytomnym spakować potrzebne rzeczy. Poszło dobrze, zapomniałem tylko o żelach. I buty po piątkowym balu musiałem zabrać mokre.

To wszystko brzmi co najmniej dziwnie, jeśli wziąć pod uwagę, że miałem tego dnia do przebiegnięcia maraton. Na moje szczęście, nie był to jednak nie miał być zwykły maraton. Tym razem, dla odmiany, miał to być najwolniejszy maraton w moim życiu. Miesiąc przed zawodami zmieniłem status z „zawodnik” na „zając” i postanowiłem prowadzić grupę na złamanie 4 godzin i 45 minut.

Czytaj Dalej ->

maraton zaliczony

III Nocna Ściema – tym razem bez ściemy (relacja)

Do Koszalina dotarliśmy szybko i bezproblemowo. Zadziwiająco szybko i bezproblemowo. Cóż, bywa i tak. Po drodze minęliśmy knajpę gdzie jedliśmy rok temu (a ja również dwa lata temu). Wspomnienie przyjemne, ale tym razem nie kusiłem losu. Sprawdzone jedzenie w złotej literce M, a w Koszalinie makaron od organizatora. Podobno ktoś rok temu dostawał z poślizgiem (nie ja), teraz dostałem gorący pachnący talerz w sekundę po złożeniu zamówienia. Ludzie będą mieli małe pole do narzekania w tym roku…

Powiem szczerze. Nie chciało nam się. Totalnie. A dokładniej:

– Nie chciało nam się siedzieć, to poszliśmy spać. Budzik nastawiony na odprawę.
– Asi nie chciało się iść na odprawę.
– Mi nie chciało się iść na odprawę bez Asi – budzik nastawiony na 1.00
– Budzik przestawiony na 1:15 (nie chciało się…)
– Jeeeezu, czy ja muszę tam iść?! (tu jeszcze bardziej się nie chciało).

Bormanowi też się nie chce wychodzić na nocne wybiegania. No to bądź jak Borman, wyjdź na nocne wybieganie. Trochę pomogło. Ubrałem się, ogarnąłem i podreptałem z Asią na start. Trafiliśmy na końcówkę rozgrzewki,

Czytaj Dalej ->