runda 1 i 2 – dwa zero dla mnie

Zaczęło się. Trzy weekendy, cztery starty. Jeden wariat i support który stara się go utrzymać przy życiu. Pierwsze dwa słowa padły w ostatnich dniach.

Runda 1 – Triathlon IT, Powidz, 17 czerwca, piątek

Rozgrzewka. Nie zajechać się, to miało być hasło tego dnia. Oczywiście można je sobie wsadzić w… no, ale jak tu nie poszaleć na branżowej imprezie? Dobrze chociaż, że w tym roku zdecydowałem się na udział w sprincie, a nie na olimpijce.
Rano dojeżdżając do bazy zawodów mieliśmy ulewę. Ucieszyłem się, w końcu piach który tak dawał się we znaki w poprzednich edycjach będzie trochę mniej grząski. Ucieszyłem się jeszcze bardziej, jak przestało padać na miejscu.Później już trochę mniej się ucieszyłem, jak złapało mnie na odstawianiu roweru do strefy. A już radość zniknęła całkowicie, jak z powodu warunków nasz start przełożono o 30 minut… do tyłu. No, ale opcja odwołania startu brzmiała jeszcze słabiej, więc trzeba było się sprężać i zdążyć wbić w piankę na czas.

Jeśli przy piance jesteśmy – coś dziwnie szybko mi woda do rękawa wpłynęła po wejściu do jeziora. okazało się, że na lewym barku mam dziurę. Albo wyrwę. Krater tudzież. No, w każdym razie zrobiło się sporo luźniej. Szybka decyzja, zostaję w piance, najwyżej na strefie będę ją ściągał w kawałkach… W wodzie spora fala, mimo skróconej trasy (nie puścili nas na bardziej otwarte rejony), dziurawa pianka działała trochę jak żagiel, ale reszta poszła dobrze. Z wody wyszedłem na 12 pozycji, rozruszany ale nie zmęczony. W strefie się nie zasiedziałem, na głowę nie padało, wiatr nie przeszkadzał – nic, tylko gonić rywali.

1fot. Organizator

Cieszyłem się, że piasek zmoczyło porannym deszczem. Radość zniknęła dość szybko, wystarczyło przejechać nim jakieś 100 m. Na mokro jest tak samo irytujący, za to jazda jeszcze bardziej siłowa. Do asfaltu dojechałem zziajany i trochę zły. Do tego ciągle miałem na plecach jednego chłopaczka z narodowych barwach. Nie umiem jeździć w draftingu, jakoś nie potrafię zwolnić i siąść komuś na kole, wolę urywać zawodnika, żeby każdy jechał swoje. Ten się nie dał, za to po zawodach okazało się, że… nie chciałem brać zmiany. Cóż, nauczka na przyszłość, zwłaszcza że chłopak zajął drugie miejsce. Ostatecznie rower wszedł szybko, tylko zdecydowanie dla mnie za siłowo. Do strefy nie tyle pobiegłem, co dokuśtykałem, próbując nie poddać się skurczom.
Wybieg ze strefy był trudny. Nawet trudno go nazwać wybiegiem, bardziej wyjściem. Potrzebowałem chwili, żeby się ogarnąć, zacisnąć zęby, i kawałek po kawałku wchodzić na właściwe tempo. Ekipa która odskoczyła mi na początku odcinka zaczęła być w zasięgu i… znowu skurcz, tym razem w dwugłowym i tym razem z koniecznością stanięcia do zera. I znowu delikatne rozkręcanie tempa. O dziwo nie straciłem na tym wszystkim tak strasznie dużo, jakby się wydawało, a jak już wszedłem na obroty, to tempo było nawet nawet. Ostatecznie tuż przed metą (w miejscu gdzie rok temu oddałem zwycięstwo w kategorii wiekowej) udało mi się zmusić do dokręcenia i łyknięcia jeszcze jednego zawodnika. Tyle w temacie oszczędzania się…

2fot. Organizator

Ostateczny wynik – 6 miejsce open, 1 w kategorii wiekowej. Nie mój dystans, nie moja trasa na rower i bezpiecznik z tyłu głowy ze względu na następne zawody. Mogę chyba uznać, że mimo spierniczonej taktyki, start udany. A po moim dotarciu na metę pogoda postanowiła spsuć się na całego. Link do nagrania, w którym meta jeszcze stała, chwilę później pomagałem ją zwijać, żeby nie odfrunęła. Myślę, że gdyby zapytać Gosię o jej start na olimpijce, to wrażenia pogodowe miałaby drastycznie inne niż ja.

1fot. Gosia

Runda 2 – Karkonoszman, Sucha, 19 czerwca, niedziela

Trzeci Karkonoszman. Trzeci mój i trzeci ogółem. Bycie w gronie All-finisher’ów zmienia trochę pogląd na tą imprezę, opcja niedotarcia do mety odpada. Zresztą – jak nie poradzę sobie tutaj, to czego mam szukać w Tatrach?

Na odprawie organizatorzy potwierdzają, że prognozy są złe. Ma lać, wiać i jak będziemy mieli pecha, to zeus będzie w nas rzucał piorunami. Biorą pod uwagę zmianę mety ze Śnieżki na T2 (wbieg na przełęcz i powrót po własnych śladach – hardcore moim zdaniem, dobrze, że została ta Śnieżka). Po odprawie spokojny wieczór w Leśnej, i wczesną porą zasypiam jak niemowlak.
pobudka o 5:00 rano, o dziwo świeci słońce i wygląda całkiem całkiem. Śniadanie, pakowanie i dojazd do zamku bez zbędnych komplikacji. Pożyczona od Gosi pianka jakby lepsza niż moja (ten sam model, ten sam rozmiar, a jednak leży lepiej), wejście do wody nie takie straszne. W porównaniu z zeszłym rokiem (ziąb i deszcz) to naprawdę fajnie, a już na pewno daleko do zapowiadanej nawałnicy. Pewnie przyjdzie później.

Startujemy. Gdzieś tam z przodu jest pewnie Krasus, gdzieś z tyłu Krzysiek, którego nakręciłem na start w tym roku. Dookoła kilkadziesiąt innych osób. Lubię pływać w tym jeziorze – skały dookoła są magiczne, a nawigacja w zasadzie zbędna. Skupić się na ruchu i ewentualnie ludziach dookoła, żeby nie dostać w głowę. Znowu, ponownie jak w Powidzu, poczułem, że pływanie mnie nie męczy. Ręka, za ręką, zakręt, statek, nawrót, znowu zakręt… z wody wyszedłem trzeźwy, na schodach się nie zabijałem i jak szybko doniosła mi Gosia, zrobiłem czas poniżej 35 minut. Nie wiem jak – ja tak nie pływam, więc chyba trasa musiała być krótsza. Albo to kwestia braku nawigacji. W strefie, podobnie jak rok temu, wpadam na Krasusa i znowu wychodzę na rower przed nim. Marcin, ociągasz się na tych zmianach, Pimpusia pucuje się przed zawodami a nie w trakcie! Odgrażałem się, że rower będzie mój w tym roku, więc trzeba zasuwać. A na niebie prawie nie widać chmur.

1fot F-time.pl

Ruszam. Łydki zmęczone piątkowym piaskiem coś tam cicho protestują. Trasę znam aż za dobrze, z poprzednich edycji, z wycieczek w Karkonosze i w końcu z ostatniego obozu. Jestem u siebie i korzystam z tego jak mogę. Podjazd ze Świeradowa biorę za rozgrzewkę, zjazd w Szklarskiej Dolnej w końcu nie powoduje „kleksów”. Michałowice to już trochę przypalanie mięśni, ale nic z czym bym sobie nie poradził. Pętelka przez Przesiekę zlatuje nie wiadomo kiedy i w końcu przychodzi deser – podjazd na Karpacz. To tu była ściana rok temu. To tu widziałem sztabki złota, czyli podrzucone na asfalcie przez innego zawodnika prince polo. To tu umierałem i… mało brakowało, żebym umarł ponownie. Nie, nie było takiego odcięcia jak ostatnio. Ale ten podjazd to jednak dalej trochę za dużo jak na finisz roweru w triathlonie. Ostatecznie tutaj złapał mnie Krasus, raptem kawałek przed końcem. No nic, za rok rower już na pewno będzie mój.

T2. W zasadzie bez zbędnego zwlekania, Gosia robi dobrą robotę i po minucie ruszam na szlak. Nie biegnę, czuję się niewiele lepiej niż rok temu. Ale teraz patrzę na to inaczej. Jak w Powidzu – trzeba się rozruszać. Najpierw do zbiegu marszobiegiem, później w dół już nie wypadało przechodzić do marszu. A później podejście na przełęcz – czas do przemyśleń, głównie nad swoją głupotą. Polecam z całego serca wszystkim, którzy szukają sensu – w tym asfaltowym piekle szuka znaleźć sens wyjątkowo trudno. Za to gdy człowiek już wejdzie… to przypomina sobie, że jeszcze spory kawałek do góry po kamolach. A później do mety jest już tak blisko, że nie wypada się obijać.

Zbliżałem się do Domu Śląskiego, gdy ukazała się Ona. Znam ją bardzo dobrze, w zasadzie to w każdych warunkach i o różnych porach dnia i nocy. Śnieżka. Zazwyczaj dla mnie kupa kamieni, niewiele trudniejsza niż inne kupy kamieni dookoła. Tym razem pokazała, że należy się jej szacunek. Zawiał wiatr i wyłoniła się z chmur siedzących na Równinie Pod Śnieżką. Czarny, poszarpany monolit na tle szarego nieba, odcięty od realnego świata pierścieniem chmur. Nigdy jej takiej nie widziałem. Była monumentalna, mroczna i najzwyczajniej w świecie budziła strach. Nie miałem sił z nią walczyć. Nie było finiszu jak w zeszłym roku, rwania sekund i parcia za wszelką cenę. Tym razem wczłapałem, przepuszczając ze dwóch albo trzech zawodników. Próbowałem pokryć to wszystko dobrą zabawą i uśmiechem, ale zwyczajnie w tym roku ta góra mnie pokonała – i to już po raz drugi. Oby taniec przed linią mety coś pomógł i nasze następne spotkanie było już na moich zasadach.

4fot Marcin Oliva Soto, ze strony organizatora

Koniec końców, metę przekroczyłem w czasie krótszym o ponad 13 minut w stosunku do zeszłego roku. Ciut słabsze bieganie, sporo lepszy rower, lepsze pływanie i szybsze zmiany. Mimo to lokata o dwa oczka słabsza. Poziom imprezy rośnie, bez dwóch zdań – do pierwszej dziesiątki trzeba będzie jeszcze sporo pracy… A na pożegnanie Śnieżka sypnęła nam po głowach gradem, tak żeby nie było, że burza tego dnia została odwołana. To chyba była kara za opieszałość na finiszu…

Dwie rundy startowego maratonu zakończone. W momencie, gdy piszę te słowa, zakończyła się już też runda trzecia, ale to już zupełnie inna historia…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *