Prusice Biegają

Prusice to naprawdę dziwne miejsce. Powiedziałby wręcz, że fenomen, gdyż nie spotkałem się jeszcze z takim miejscem w Polsce. To miasteczko (coś trochę powyżej 2000 mieszkańców) posiada u siebie wielkie, wypasione centrum fitness – z siłownią, rowerkami stacjonarnymi, salą do jogi i aerobiku, a nawet przepiękną sauną. Wejściówka dla człowieka z ulicy to całe 10 zł, z tego co zrozumiałem, to mieszkańcy mogą się na miesięczny karnet załapać gdzieś w okolicach 50 zł. Dla zamiejscowych też nie wychodzi najgorzej. Czysto, schludnie, profesjonalnie i tanio.

To wszystko dlatego, że miasto postawiło na łatwy dostęp do sportu. Nie wiem, ile do centrum trzeba dokładać, ale wygląda na to, że z założenia, od początku, nie było ono nastawione na zysk. Albo inaczej – zysk ma być mierzony w aktywności sportowej mieszkańców. I to się sprawdza, bo informacje o organizowanych imprezach docierają do mnie w regularnych odstępach czasu. Ostatnio zaś pokazał się na moim horyzoncie cykl imprez Prusice Biegają.

Testować imprezę pojechaliśmy we dwóch – z Łukaszem. Start od 10, zapisy otwarte chwilę wcześniej. Na miejsce docieramy szybko, jako pierwsi zainteresowani wchodzimy do centrum, gdzie wypełniamy krótki formularz i… i tyle. Nie ma numerków, nie ma chipów, reklamówek z pakietem czy ulotek. Za to zaczynają się schodzić ludzie, pojedynczo i grupkami. W poczekalni pojawia się regulamin, ale nikt za bardzo nie zwraca na niego uwagi (my akurat doczytaliśmy na stronie przed wyjazdem, a reszta to chyba stali bywalcy). Zbliża się dziesiąta, zaczynamy się ogarniać, a warunki na zewnątrz nie zachęcają – pada marznący deszcz i wieje wiatr. Planowałem biec w bezrękawniku, ale liczyłem na ciut lepszą aurę… ostatecznie zostaję w kurtce. Krótka sprawna rozgrzewka i zbieramy się na starcie, który jest wyznaczony sprayem na drodze dojazdowej do centrum. Właśnie, trasa – bieg z założenia jest na 5 km, ale chętni mogą przebiec trasę drugi raz, co jest punktowane premią do rocznego rankingu. Ciekawy układ, ścigać się na pierwszej piątce, a drugą robić rekreacyjnie (limit dla wszystkich to 1,5 h). Puszczamy auta które jadą akurat drogą, ustawiamy się i pada cichy sygnał do startu.

1779049_903144463037151_4128312094743940552_nNa starcie

Ogarniam się trochę szybciej niż konkurencja, ale już po chwili jestem mijany przez kolejnych zawodników. Wyprzedza mnie też Łukasz, a ja z niepokojem spoglądam na garmina który pokazuje 3:30 min/km i nie podejmuję walki, a nawet trochę zwalniam. Utrzymuję tempo minimalnie powyżej 4:00 i czekam na rozwój sytuacji. Jeden z gości zdecydowanie rwie do przodu, gdyby nie asfalt i deszcz, to pewnie by się zakurzyło. A tak tylko oddala się z każdym odcinkiem. Pozostały peleton jest w jako takim pobliżu, chyba też zwolnili po pierwszych metrach szaleństwa. Ostatni w grupie jest Łukasz, a za sobą nie czuję nikogo. Dotykowy ekran MP3 średnio pracuje z moimi rękawiczkami i po chwili zostaję bez muzyki, biegnę więc w ciszy. Dobiegamy do rynku, peleton skręca a ja za nimi – oznaczeń na asfalcie nie widzę, ale zgadza mi się to z mapką którą widziałem na stronie. Po jakimś czasie widzę na asfalcie pomarańczowe „1 km”. Oznaczenia więc są, gdybym miał zgubić peleton, który jednak zaczyna się oddalać. Krok za krokiem zbliżam się za to do Łukasza, mimo, że sam nie przyspieszam. Mijam go w okolicach drugiego kilometra na jednym z łuków. Biegniemy między gospodarstwami i pojawia się moment, że nie za bardzo wiem, gdzie biec – ale wpadam na Panią fotograf, a daleko za jej plecami widzę czołówkę zawodników. Wiatr trochę przeszkadza, ale biegnę dalej trzymając tempo w okolicach 4:06, czyli zgodnie z założeniami.

10940609_903144963037101_2553593460727581462_n

Zakręt, prosta, zakręt, prosta… przypominam sobie mapkę, za tym konkretnym zakrętem powinien być znacznik czwartego kilometra. I jest, nawet jeśli garmin pokazuje ciut więcej. Teraz już prosto do mety, przynajmniej według mapy. Przebiegam między budynkami, a trasa kieruje mnie na polną drogę. Mało przyjemne miejsce na finisz, ale wyboru za bardzo nie ma. Bezpośrednio za mną nikogo, przede mną też nie – tylko ja i planowany czas na mecie. Średnia pokazuje 4:07, a na dziurawej drodze jakoś nie mam sił docisnąć pod wiatr. Liczę jeszcze na finisz do mety. Polna droga się kończy, można biec prosto alejką, albo szerszą drogą w lewo. Nie ma oznaczeń, ale alejka wydaje się logiczna, słusznie zresztą, bo za łukiem wpadam na niej na metę. Finiszowania wyszło może ze 20 metrów, więc czasu za bardzo nie podciągnąłem – no, ale bieg zaliczony na zakładanym poziomie. Podaję swoje nazwisko, miejscowych zapisują z pamięci, gości muszą przepytywać. Chwila oddechu i zaczyna truchtać drugą pętlę. Po chwili dogania mnie Łukasz i jest z kim porozmawiać. Trasa po jednej rundce nie jest trudna, więc to, że dookoła nie ma nikogo nam nie przeszkadza. Mimo pogody jest przyjemnie, rozgrzaliśmy się aż nadto. W sumie po około 50-ciu minutach meldujemy się na mecie drugiej pętli. Sprawdzam wyniki, byłem ósmy. Pierwszy zawodnik zrobił czas 17:21, czyli totalnie poza moim zasięgiem. Podobno w grudniu mieli gościa który poleciał 15:40 – ot, taki treningowy bieg w miasteczku pod Wrocławiem… Pakujemy się do auta i wracamy do domu, nastroje dopisują. Fajne te zawody, nawet jeśli od treningu różnił je tylko pomiar czasu.

Jako ciekawostka – chociaż zawody są darmowe, to już zaliczenie trzech imprez w ciągu roku gwarantuje koszulkę, a przy minimum sześciu bierze się udział w rankingu za sezon, gdzie są kategorie wiekowe i, z tego co wiem, sporo nagród do wygrania. Jeśli taka akcja w twoim mieście nie zmotywuje cię do wyjścia z domu na bieganie, to już nie wiem, co miałby to zrobić.

Zdjęcia z FB organizatora

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *