Harda, Harda i po Hardej

Ostatnie dni upływają mi na przemyśleniach. Może nie tak grubo, jak rozważania nad „sensem wszystkiego” na Karkonoszmanie, ale jednak myśli około-filozoficznych jest sporo. A mimo tego całego mędrkowania nie bardzo wiem co napisać w kontekście wyjazdu w Tatry.

Mogę napisać, że drugi raz w życiu zastanawiałem się, czy właśnie przyszło mi umierać. Zapewne jak to czytasz, to myślisz o mnie tak, jak pomyślał organizator na końcu odcinka pływackiego. Pitu pitu, zmęczyłeś się, było ciężko, ale nie przesadzajmy z tym patosem. I w zasadzie to chyba nikt poza Gosią do teraz mi nie uwierzył, jak mówię, że żegnałem się z życiem. I może niech tak pozostanie.

Mogę napisać, że po wyjściu z wody psychikę miałem w strzępach. No, ale hej, przecież zrobiłeś odcinek w limicie, zawody się dopiero zaczynają i zasadniczo pion trzymasz całkiem okej. Wsiadaj na rower, jakoś to będzie. Wsiadłem, chociaż spróbować, ale chyba nikt nie zrozumie, jak wielkim wyzwaniem było ubrać się i wsiąść na siodełko, zamiast zawinąć w koc i schować w aucie.

Mogę wreszcie napisać, że na rowerze zarówno głowa jak i ciało nie chciały mnie słuchać. Że na byle

Czytaj Dalej ->

Złapać Hardą za…

Boję się. Boję się bólu. Boję się bólu trwającego przez ponad dobę, bo nastawiam się na wynik w okolicach limitu. Ale chyba najbardziej boję się tego, że gdzieś na którymś etapie okaże się, że cały ten ból był niepotrzebny, bo i tak nie dotrę do mety. Ale koniec końców i tak tam wystartuję. Harda Suka nadchodzi i trzeba ją złapać za… chyba za rogi, bo za tyłek to już mi nie wystarczy bezczelności, nie ta liga. Przynajmniej nie w tym roku.

Dla mniej wtajemniczonych – Harda Suka, albo jak się ostatnio przyjęło po prostu „Harda”, to taki Ironman z haczykiem. Tylko że w Tatrach. Jak ktoś lubi cyferki to proszę, wystarczy spojrzeć na logo. Tak, wszystko w kilometrach, również to w pionie:

harda

Czytaj Dalej ->

Michaś walczy z MoyaMoya

akcja

Martynka w weekend zaliczyła swój pierwszy szczyt, tymczasem inne dzieci nie mają takiej możliwości. Synek znajomej zachorował na coś, co mi osobiście w głowie się nie mieści. Jednego dnia zabawki, drugiego szpital i walka o życie. A dziś próba powrotu do normalności. Kwota która jest potrzebna nie jest znowu aż tak duża, żeby nie zebrać jej wspólnymi siłami, zwłaszcza, że 1/3 już jest. Dorzucamy z Martyną parę groszy od siebie, trzymamy kciuki i zachęcamy do pomagania.

Więcej informacji o Michale i zbiórce na stronie fundacji Rycerze i Księżniczki:
http://rycerzeiksiezniczki.pl/kids/moyamoya/?lang=pl

Czytaj Dalej ->