Kareta Pików i Trójka Waletów – Ultrajanosik 2017

Czas leci, emocje opadają. Od Janosika minął już tydzień i mogę na wszystko spojrzeć z większym dystansem. Karkołomna podróż w Tatry wydaje się być ledwie drobną niedogodnością, a złość na organizatora wyparowała praktycznie do zera, zostawiając tylko wspomnienia niesamowitej trasy. Gdyby wszystkie przygody zostawały w głowie w takiej formie… Tak czy owak, do relacji mogę już usiąść bardziej na chłodno (nawet jeśli temperatury na dworze z jesiennych wróciły znowu na letnie).

janosik7No, Tatko, skasuj te wszystkie brzydkie słowa i zacznij jeszcze raz
fot. Gosia

Początek

Jak już wspomniałem, droga na zawody nie była dla nas łaskawa. Deszczowo, wietrznie i tak ponuro, że z auta człowiek wysiadać nie chce. Niestety, przyszło nam wysiąść dosyć szybko, bo już po 30 kilometrach rozwaliłem oponę podjeżdżając do dystrybutora na stacji benzynowej. Zamieszanie, nie wiadomo co robić, jechać, nie jechać, wracać, ale jak… w końcu, prawdopodobnie na widok Martyny na kolanach, jeden z chłopaków na stacji zlitował się i dał nam prywatną dojazdówkę. Szybkie kręcenie, powrót do domu, znowu kręcenie, tym razem w regularnym deszczu… jeszcze tylko sarna minięta o centymetry i jesteśmy znowu na Orlenie. Raptem dwie godziny, które mogły się skończyć dużo gorzej. Ekipie z Orlena, która brała udział w akcji ratunkowej – dziękujemy! Reszta drogi, mimo paskudnej pogody minęła nam już bez przygód i o 19:30 meldujemy się w bazie zawodów. Jak to stwierdziła Gosia – limit pecha na ten wyjazd został już wykorzystany.

Pobudka rano, a raczej w nocy, bo kilka minut po trzeciej. Wstaję o dziwo bez większych problemów, większość sprzętu już spakowana, więc jest czas na śniadanie. Zbieram się kawałek po kawałku, już w zasadzie mamy wychodzić – pora wbić się w buty. No i wbijam, wbijam i… i wbiłem, tylko z podkurczonymi palcami. Cóż, większość sprzętu możemy z Gosią używać wymiennie, ale w jej butach to ja raczej nie pobiegam. Nie zostaje mi nic innego jak wyciągnąć z przepaku asfalciaki. W sumie i tak chciałem w nich biec… Dziewczyny odwożą mnie na start, mam okazję dospać jeszcze godzinę w autokarze. Na Słowacji jesteśmy ze sporym zapasem czasowym, jest możliwość ogarnąć ostatnie niedociągnięcia i… bez fajerwerków (jak to zapowiedział organizator) pora ruszać na trasę. Niespełna dwie setki ruszyły niczym duchy na mglisty szlak.

Kareta Pików

kareta

Patrząc na profil trasy, który mieliśmy podrukowany na numerkach, robota w Tatrach Wysokich była prosta – cztery podejścia na szczyty (tak naprawdę to żaden z nich szczytem nie był, dlatego zacząłem je nazywać „pikami”), a po każdym z nich „wytracanie wysokości”. Banał. Albo napierasz krok za krokiem w górę, nie licząc na bieg, albo toczysz się na dół, byle nie połamać nóg. Oczywiście rzut oka na liczby trochę komplikował sprawę, ale wolałem powtarzać sobie, że to nieważne – przecież ja uwielbiam takie stromizny. Trzeba po prostu skompletować cztery piki, a ściganie przyjdzie dopiero później. Zgodnie z założeniem, na starcie odpaliłem sobie książkę, którą jakiś czas temu podrzucił mi kuzyn. Dobrze nagrana, mówiąca o motywacji i radzeniu sobie z przeciwnościami… ani się obejrzałem, a we mgle i mżawce zniknął za mną pierwszy pik. Tempo nie było zawrotne, czyli trzymałem się planu. Zacząłem rozpoznawać okolicę, dotarłem bowiem do odcinka który robiliśmy z Gosią wchodząc na Gerlach. Śląski dom minąłem bez postoju, chwytając tylko żela z nasionami chia – całkiem dobry. Zrobiło się cieplej, mżawka gdzieś się zmyła i na kolejnym podejściu mogłem zdjąć bluzę. Bettger nawijał o tym, jak sprzedawał ubezpieczenia, a ja powoli piąłem się ścieżką, która miała mnie zaprowadzić na najwyższy punkt na trasie – na Rochatkę.

Zasadniczo to ja nie znam za wielu miejsc w Tatrach. Podoba mi się ich surowy, kamienisty klimat, ale na Rochatkę nie byłem gotów. Miałem wrażenie, jakbym trafił w jakieś kosmiczne miejsce, takie nie do końca z tego świata. Chmury chwilowo się rozeszły i mogłem pooglądać scenerię dookoła. W zasadzie to sam fakt podchodzenia nie miał w tamtym momencie większego znaczenia, byłem tak pochłonięty podziwianiem widoków. Pierwszy raz zdecydowałem sobie strzelić selfi w trakcie zawodów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERANa Rochatce fotki z każdej strony, ta dla odmiany od tej ciemniejszej
fot.  Jan Haręza

Ostatnie metry podejścia wypadają w małym tłumie, z zawodnikami mieszają się turyści, na szczęście większość z nich puszcza nas przodem. Sprawnie wpadam na przełęcz, jeszcze jedna fotka i można zacząć zbiegać. Można? Nie, nie można. Mimo, że gnam w dół na złamanie karku, tempo plasuje się bardziej jako marsz. Po tej stronie przełęczy znowu wraca mżawka, a w wielu miejscach skała jest bardzo eksponowana i człowiek czuje się jak na krawędzi przepaści. Jakiekolwiek przyśpieszanie to ryzyko długiego i twardego lądowania. W innych miejscach skały są tak poszarpane, że za bardzo nie ma gdzie postawić stopy. Kocham to. Warunki, w których człowiek żyje od kroku, do kroku, od hamowania, do następnego zakosu. Nie wybiłem zębów, nie połamałem nóg, nie skręciłem kostki. Choć kilka razy było naprawdę ostro, zmęczony docieram w końcu do wypłaszczenia. Za mną raptem 20 kilometrów, chociaż na trasie jestem już prawie cztery godziny. Uff…

Chwila przerwy, wciągam żela, piszę do Gosi gdzie jestem. Wracam do truchtu i znowu okolica wydaje mi się znajoma. Tak, to tutaj w zeszłym roku Polski Klub Alpejski postanowił nas pozabijać przed wyprawą na Matterhorn’a. Po chwili dostrzegam schronisko w którym nocowaliśmy, a przed którym teraz czeka człowiek z dzbankiem wody. Uzupełniam bidony i zaczynam prawie pięciokilometrowy szlak, niby łagodny, niby z górki, a pełen wrednych kamoli. Mimo to, znajoma okolica nastraja pozytywnie i sprawnie docieram do rozstajów, na których czeka kolejny punkt.

janosik1fot. Wiktor Bubniak 

Ups, jednak nie czeka – do punktu trzeba podejść ze dwieście metrów z trasy, a następnie wrócić po własnych śladach. Do tego wychodzi, że na zegarku mam ze dwa kilometry więcej niż mówią sędziowie. Trochę boli mnie głowa no i nogi już nie pierwszej świeżości. Olewam punkt, oceniając, że mam dość picia i ruszam pod górę, na trzecie najdłuższe podejście. Po czterech i pół godzinie daję spokój Bettger’owi, przerzucam się na muzykę, gdzie trafia mi się piękne motywacyjne kombo: 1, 2, 3 utwory z rzędu, które sprawnie odganiają zmęczenie. Podejście jest całkiem przyjemne, mijam turystów i pojedynczych zawodników. Raźnym krokiem wmaszerowuję do stacji kolejki, która wyłania się z chmur. Chwila zawahania i z dwoma innymi zawodnikami znajduję dalszą drogę. Idziemy dalej w górę, a ja przelotnie myślę, że nie takie straszne to najgorsze podejście. I wtedy, jak na zawołanie chmury znowu się rozwiewają, a mnie zatyka…

Na Karkonoszmanie jest takie miejsce na trasie rowerowej, gdzie po długim podjeżdżaniu pod górę, gdy człowiek myśli że to już koniec, pojawia się znak „uwaga podjazd”. To co zobaczyłem, Ta monumentalna kamienna ściana zdawała się mówić wszem i wobec „uwaga podejście”. Tak jakby to wszystko co szedłem od ostatniego pk, było dopiero rozgrzewką. Nie zrobiłem zdjęcia, chyba byłem za bardzo oszołomiony widokiem. Nie zostawało mi nic innego, jak iść dalej, a po pewnym czasie okazało się, że ta ściana zostanie nam jednak darowana. Szlak trawersował ją po rumowisku skalnym u jej podnóża, ponad kilometr ścieżki z ułożonych kamieni, miejscami niewidocznej w rumowisku. Po niej kawałek podejścia i wreszcie trzeci pik zaliczony. Do skompletowania karety został już tylko jeden…

janosik2fot. Michał Walusza

Według mapy miało być względnie łatwo. I fakt, nawet dało się coś zbiegać. Mimo to droga na dół dłużyła mi się i z radością powitałem widok schroniska, w którym był punkt. 1/3 trasy za mną, Ostatni zryw w Wysokich Tatrach i zostawię niebo za sobą. Robię postój na jedzenie, uzupełniam bidony, do jednego zabieram chwaloną tu wszem i wobec kofolę i ruszam dalej. Tutaj w sumie następuje dziura w moich wspomnieniach, podejście pamiętam tylko wyrywkowo, skupiłem się na powtarzaniu sobie, że to ostatni pik do karety. kofola okazała się całkiem fajnym wynalazkiem, popijałem ją w ramach nagrody za kolejny kawałek do góry. W pewnym momencie mijam idących z przeciwka polskich turystów, mówią że do przełęczy już niedaleko i jak się zepnę to dogonię peleton przede mną. Kobieta mówi, że mam być Janosikiem, a nie misiem pluszowym, ja jestem w stanie odpowiedzieć tylko, że ten miś pluszowy pokaże jeszcze pazury. Kilka minut później faktycznie widać cel – po raz kolejny tego dnia, wyłania się z chmur.

janosik6fot. własne 

Na przełęczy doganiam wspomniany tramwaj, który tutaj porozrywał się na kawałki. Morale wzrosło, Wysokie mam już za sobą, no dobra, jeszcze tylko zbieg na dół. Ale już widać że jest inaczej, dookoła dużo mniej skał, jest trawa i jałowce. Szlak to ścieżka wijąca się wśród kamieni, a nie po prostu kamienie. Mijam kolejnych dwóch zawodników i powtarzam sobie, że najgorsze już za mną…

W dół

Ścieżka wije się wśród kosodrzewiny i kamieni. Nie wypada nie zbiegać, ale sprawę utrudnia cieniutka warstewka błota, raptem milimetr, który działa nie gorzej niż lód zimą. Stwierdzam, że tutaj przydałyby się buty z bieżnikiem, dopiero tutaj, bo na tatrzańskich kamolach asfalciaki sprawdzały się jak na razie rewelacyjnie. No, ale to już za mną, a tutaj ilość błota rośnie wraz ze spadkiem wysokości. W końcu zbiegam między pierwsze drzewa i zaczyna się jazda. Szlak zmienia się w błotnistą rynnę, z której wystają pojedyncze kamole. Klnę na czym świat stoi, pokonując kolejne metry. Kije, dotychczas średnio przydatne, ratują mi tyłek. No, prawie ratują, bo w pewnym momencie jednak nie wyrabiam na wirażu i zaliczam efektowną glebę…

Kojarzycie jak w filmach wojennych spada pocisk i bohaterowie są ogłuszeni? Obraz zwalnia, a dźwięki stają się przytłumione. To dobrze oddaje co się ze mną stało. O dziwo, udało się wyjść bez szwanku, jeśli nie liczyć dodatkowych gramów błota do dźwigania. Gramolę się, zbieram kijki i wracam do zjeżdżania. Klnę na czym świat stoi, humor siada, gdy rynna w końcu zmienia się w leśną ścieżkę nie mam nawet sił się cieszyć. Jest mi źle, a zegarek sugeruje, że w zasadzie powinienem być już na punkcie. Wybiegam z lasu, widzę stok narciarski. Punktu nie ma, organizator mówił, że najpierw trzeba wdrapać się na górę. Ale mają wygódkę! Rozsiadam się na tronie i staram się uspokoić. W końcu zbieram się do kupy, przede mną tylko stok narciarski i jestem na punkcie. Wdrapuję się na szczyt, a tam lipa, punktu nie widać i nie zapowiada się, żeby był niedaleko. Żółte chorągiewki wyznaczają trasę przez łąkę, wprowadzają mnie znowu w las. Punktu dalej nie ma, mimo że stuknął kolejny kilometr. W końcu wybiegam z lasu i w miasteczku kilkadziesiąt metrów niżej widać punkt. Klnę, widząc na zegarku 48 kilometrów i 9 h 30 min, zbiegam do punktu…

OLYMPUS DIGITAL CAMERAfot. Jan Haręza

Trójka Waletów

Na punkcie dużo klnę w duchu. Miejsce mam ponoć dobre, gdzieś w czwartej dziesiątce. Podobno zapierniczamy (bo osób na punkcie sporo) i jest rewelacja. Ale ja jestem zły. Obsługa miesza się w określeniu który to kilometr, pada, że 42-44. Kalkuluję i wychodzi, że jak tak dalej pójdzie, to spędzę na trasie 22-23 godziny, o ile utrzymam tempo. A Kareta jednak mocno mnie sponiewierała. Do punktu z przepakiem podobno 19-20 kilometrów, a po drodze jeszcze jakiś punkt bez bufetu. Sms’uję z Gosią, pisze, że przyjedzie w okolica Kacwina. Będzie pokusa, żeby zejść… zalewam bidony, wypijam kawę i lecę dalej, bo zapowiada się walka o dotarcie w limicie. Kawałek za startem okazuje się, że pełen bidon Kofoli to jednak kiepski pomysł, dostaję strzała w oczy, a później jeszcze kilka na ciuchy. W sumie przy błocie które mam na sobie jest mi to już obojętne…

trojka

Patrzę na wykres i wychodzi, że mam tylko trzy pagórki do mety. Jeśli poprzednie brać za asy, to te tutaj to co najwyżej walety. Rozmyślam podchodząc na Magurkę, a samo podchodzenie okazuje się całkiem przyjemne. Coś mi się nie zgadza w odległości do przepaku, którą podali mi na punkcie, bo przecież przepak miał być na 57 kilometrze… ale w tym momencie okazuje się, że już jestem na szczycie. Mimo podejścia średnie tempo mam sporo lepsze niż dotychczas, a to bez żadnej spiny! Morale idzie mocno w górę, nawet głowa przestała boleć od kiedy wypiłem kawę. Rzut oka na wykres, długi łagodny zbieg do punktu bez obsługi, a później podejście na przepak. Truchta się dobrze, kilometr leci za kilometrem. Tyle tylko, że końca zbiegu nie widać. W międzyczasie mogę sobie pozwolić na rozmowy z Gosią, mówi, że jak tylko zbiegnę na dół do punktu to ona czeka przy strumieniu. Coś mi nie gra, mówiła wcześniej, że będzie przy przepaku, a przecież następny punkt jest bez bufetu. Ustalamy na którym jest kilometrze, uwzględniając różnicę z poprzedniego punktu już powinienem do niej docierać, a ja dalej jestem w środku niczego. Pyta mnie jeszcze o Frankową górkę, którą miałem mieć po drodze, ale coraz mniej z tego rozumiem. Co do cholery? Znowu łapie mnie złość, znowu zaczynam kląć. W końcu wypadam na asfalt, ale nic nie wskazuje, żeby był tu punkt, tylko przecinam szosę i zaczyna się podejście… aha, pewnie ta Frankowa… żadnego punktu nie widać. Nieoczekiwanie żołądek strajkuje i ląduję w krzakach. Prawdopodobnie zadziałała duża dawka magnezu, od rana wziąłem już trzy shoty. Morale ostatecznie rozpada się w drobny mak. Idę dalej, mija mnie zawodnik i pyta o to, który jest kilometr. Klnę jak szewc. Ściemnia się, w lesie robi się już szaro. Przy przejściu obok pastwiska witają mnie barany z dzwonkami na szyjach, najgłośniejsi kibice na tej trasie. Klnę i idę przed siebie, odechciało mi się truchtać. W końcu wychodzę na… bród przez rzekę. Tak, nigdzie żadnej kładki, trasa wiedzie po kamieniach po kostki w wodzie. Zacząłbym kląć, gdybym nie robił tego od pół godziny. Przekraczam rzekę, jeszcze kawałek i widzę zabudowania. Przy drodze stoi Gosia z Martyną. Mam ochotę rzucić wszystko w cholerę. Ostatecznie namawia mnie, żebym szedł dalej, przecież to już niedaleko. Według zegarka mam na liczniku 65 kilometrów. Idę kawałek który został mi do przepaku. Na pytanie o oficjalny kilometr trasy pada „Budowniczy mówi, że 65”. O, to coś nowego, zgadza mi się z licznikiem. A ile do mety? „No… tak 35, może 40”. Aha… Klnę w duchu zmieniając skarpety na suche. Wyciągam suszoną wołowinę którą wziąłem na wypadek totalnego kryzysu. Ten kryzys jest, więc żując kolejne kawałki wychodzę z punktu. Zapalam czołówkę, bo ciemność już na całego. Po kilkuset metrach orientuję się, że zostawiłem kijki, ale nie mam już sił po nie wracać. Zaczyna się wspin na kolejnego Waleta…

Kolejne kilometry to przygnębiająca monotonia. Idę po ciemku, odliczając kolejne setki metrów. Dalej tempo nie jest takie złe, około 5 kilometrów na godzinę, wmawiam sobie, że to przecież na wynik w okolicach 20 godzin. Dam radę. Kolejne 500 metrów. w końcu wspinaczka się kończy, zaczyna się zejście, ale nie chce mi się biec. Punkt ma być już za chwilę, zaraz za szczytem. Domaszeruję tym tempem, przecież od następnego punktu to już naprawdę niedaleko. Mijają mnie ludzie. Punktu nie ma. I dalej nie ma. I kolejny kilometr i dalej nic. Nie mam sił kląć, że wykres się ni cholery nie zgadza z rzeczywistością. W końcu widać na ścieżce lampki, oznaczające drogę do punktu. Jeszcze 10 minut marszu i docieram. zegarek pokazuje 76 kilometrów… Boję się zadać pytanie o dystans, ale robię to. Pokazują mi planszę, z której wynika że do mety 30 kilometrów. Z ostatniego punktu zrobiłem 11… obsługa mówi, że teraz małe podejście, chociaż z mapy wynika że miało być w dół. Mam dość. Mam dość tych zmian, tego, że znowu dokładają mi dystansu. Patrzę na mapę i załamuję się ostatecznie. Piszę do Gosi, żeby po mnie przyjechała, a w tym momencie spadają pierwsze krople deszczu. Po prawie piętnastu godzinach walki odpuszczam…

Wnioski

Gosia mówi, że brakuje mi towarzystwa na takich zawodach. I że powinienem zrobić najpierw kilka pięćdziesiątek, zanim zabiorę się znowu za setki. Z tym drugim zgadzam się w zupełności, zwyczajnie jestem obecnie za cienki w uszach na taką trasę. Z perspektywy czasu te dodatkowe kilometry nawet mi wydają się śmieszne, ale tam, w nocy, strasznie podkopywały morale, które i tak wystawiłem na sporą próbę. Początkowo mówiłem, że na Janosika nie wrócę, ale dzisiaj wiem, że to naprawdę niezwykła setka. Pomijając rozjazd w dystansie, reszta aspektów była na wysokim poziomie. Przede wszystkim druga część trasy (w wysokich nie było możliwości) była rewelacyjnie oznakowana, ani na moment nie miałem wątpliwości gdzie iść. Wiem już, że muszę być odporniejszy na takie sytuacje jak ta, a będę mógł się spokojnie cieszyć z tych, bądź co bądź, fajnych zawodów. Na koniec jeszcze medal (nie mój, to się pochwalę), który Gosia wywalczyła w niedzielę na 10 kilometrów. Jej powrót do formy jest w toku, właśnie szukamy jakiegoś fajnego wyzwania w dalszej perspektywie czasu, żeby miała się do czego przygotowywać. Jakieś sugestie?

medal gosifot. Gosia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *