II Zamieć – drugie oblicze zimy

W Szczyrku walczyłem rok temu, mróz, mróz, lód i jeszcze trochę mrozu. Jeśli ktoś jest ciekaw, jak to wyglądało, to relację można znaleźć tutaj.

W tym roku nie pojechał ze mną Paweł, za to wyzwanie podjął Michał. Nie miał doświadczenia w Górach, w zimie i innych popranych pomysłach mieszczących się pod hasłem „zimowy ultramaraton górski”. Nastawiałem się więc na wszystko i na nic – ot, pojechać, pobiegać, a jak dobrze pójdzie, to może coś zawojować. Dużo miało zależeć od warunków, które będą czekały na miejscu. A te zapowiadały się ciekawie…

Przyjechaliśmy za wcześnie – A4 pusta, krajówka do Bielska pusta, śniegu na ostatnich kilometrach niewiele w stosunku do tego, co być mogło. około 5:00 meldujemy się na parkingu pod bazą i do 8:00 drzemiemy w aucie. Michał chyba zaczyna się uczyć spania w takich warunkach, bo tym razem nie marudził, że nie zmrużył oka. O ósmej przenosimy się do bazy, rozkładamy łóżko polowe (będzie zauważane w zasadzie do końca zawodów – co zrobić, stare kości potrzebują przynajmniej odrobiny wygody) i idziemy spać dalej. Przed dziesiątą budzą mnie znajome głosy rozmawiające o znajomych tematach. To Tadek i Dawid rozmawiają o tym, jak to namówić życiową partnerkę na wyjazd na duże zawdy (człowiek uczy się przez całe życie). Nic, koniec tego spania, trzeba nadrobić zaległości i posłuchać plotek – przecież ostatnie ultra robiłem chyba w marcu?

Ogarniam się, zaliczam sprzęt obowiązkowy, odbieram pakiet (czapka biegowa, żele, orzeski wujka Krasua i płócienna torba) i wracam na salę. Zbliża się odprawa, na sali tłum, bo choć frekwencja wzrosła, to sala kinowa jakoś nie chciała się rozbudować, niedobra. Dobrze, że ultrasi to w większości szczupli ludzie. Na odprawie dla mnie jedna ciekawostka – końcówka trasy inna niż w zeszłym roku. Ponownie organizator twierdzi, że 2,5 – 3 h na pojedynczą pętlę będzie bardzo dobrym wynikiem (pitu pitu), śniegu i wiatru na górze ma być kolejno po jajka i po uszy (tu już mina mi trochę rzednie) i ogólnie, że mamy na siebie uważać. W czasie przemowy ja uparcie próbuję przepleść sznurówki z jednych butów do drugich (pora kupić kolejną parę). Będzie się działo.

Do południa wyrabiam się z przygotowaniami. W porównaniu z zeszłym rokiem wydaję się lekki. Na dworze minimalnie poniżej zera, do tego w końcu mam prawdziwą biegową kurtkę (dziękuję Asiu). Ponownie zakładam bieganie bez plecaka/nerki. Zero picia, zero jedzenia i możliwie zero postojów. Nawet kijki sobie darowałem, zakładam, że w wysokim śniegu będą utrudniać a nie pomagać. Staję na starcie, odpalam MP3 i garmina i czekam na sygnał. Jest piękne słońce i prawie nie ma wiatru. Zapowiada się przyjemna górska wycieczka.

Ruszamy. Trzymam się środka stawki, nie mam najmniejszego zamiaru szarżować, grzecznie tuptam przez most (nie będzie tym razem kładki, gdzie rok temu obiłem tyłek), grzecznie dreptam wzdłuż rzeki. W końcu, cały czas grzecznie maszeruję pod pierwsze, asfaltowe, podejście. Tutaj już mijam trochę osób, ale bez szału – sam też jestem mijany, nawet przez kobiety! Skręcamy ścieżką do lasu i tutaj już trzeba iść gęsiego. Śniegu trochę leży, ale jest w nim wydeptana wygodna ścieżka. Wspinam się za innymi do góry. Ścieżka wpada na drogę a z niej trasa znowu schodzi na ścieżkę. Tutaj już śniegu robi się więcej, cały czas jednak bez większych przeszkód. Koniec bycia grzecznym – chwytam idącego przede mną człowieka za pięty i nie puszczam. Oczywiście w przenośni, bo tak, to daleko byśmy nie zaszli. On podnosi stopę, ja w to miejsce stawiam swoją. I tak krok za krokiem, pięta za piętą, bez odrywania wzroku. A szkoda, bo widoki dookoła cudne – słoneczna zimowa panorama w dole i ośnieżone zbocze przed nami.

Pięty wybrałem dobrze, nie za szybkie, ale też nie leniwe. Od czasu do czasu gość kogoś wyprzedza, ja cały czas krok za nim. Na szerszym odcinku postanawiam jednak zmienić widoki, tym razem pada na salomony z ostrym bieżnikiem w jaskrawym kolorze. O, te są szybsze, właściciel ostro pnie się do góry, mniej zwraca uwagę na fakt, że śnieg usuwa mu się spod butów. Mi to rybka, zostawia po sobie piękne stopnie dla chuchra mojego kalibru. Docieramy do stoku narciarskiego i robi się lekki korek – śniegu jest tu więcej, zawiewa też lekki wiatr i ogólnie część ludzi ma chyba problem z zapadaniem się w śniegu. Cierpliwie czekam, nie ma co wyprzedzać w tym miejscu, a trudniejszy odcinek za chwilę się skończy – równie dobrze, mogę sobie postać w tym tramwaju. Odchodzimy w końcu od stoku, znowu ścieżka, śnieg… ile można pisać o tym, jaki to śnieg jest pod nogami? No jest i tyle. Pięty przede mną, widoki dookoła niezmiennie wspaniałe i oczywiście każda próba podziwiania kończy się utratą równowagi. Przechodzimy mój ulubiony w zeszły roku single track i wpadamy na zasypaną drogę w dół. Do szczytu już niedaleko, a ja mam przedsmak zbiegów w kopkim śniegu. Skręt w prawo, ostatni trudny odcinek do góry i widać schronisko. Odbijając chipa mijam ostatnią osobę z tramwaju, który zebrał się na trasie. Zaczynają się zbiegi.

Lubię zbiegać w głębokim śniegu. Człowiek leci jak lawina, na granicy panowania nad nogami. Nie ma zmiłuj – chwila nieuwagi i lądujesz twarzą w śniegu. Po jakimś czasie organizator wyhamowuje mnie przed kłodą wiszącą na wysokości głowy. Robię matrixowy wygibas i lecę dalej. W końcu kawałek wypłaszczenia i mogę zwolnić. Telefon do Michała, żeby wciągał rajtki i lecę dalej pokrytą śniegiem wycinką. Szczęśliwie nie wpadam na żaden pieniek. Mijam strumień – horror z zeszłego roku – prawie go nie zauważając. Kawałek podejścia i znowu w dół, tym razem w lesie między drzewami. Nie ma półśrodków, albo ostrożne ślizganie, albo lawiną w dół. Wybieram oczywiście to drugie, a co jakiś czas dostaję adrenalinowego kopa, gdy nogi zaczynają zostawać w tyle za resztą ciała. Przy którymś takim wylocie tracę kontrolę i lecę do przodu. Gramolę się w śniegu i po chwili lecę dalej – w takim śniegu to można robić wywrotki, jedyne co poczułem, to to, że trzeba się podeprzeć rękawicami. W końcu spadam do drogi, teraz zaczyna się dłuższy, lekko pofałdowany odcinek. Ścieżka jest kiepsko wydeptana, chyba niewiele osób tędy leciało. zwalniam, a mimo to po jakimś czasie doganiam kolejnych zawodników. Lecimy dalej grupą, żaden z nas nie jest chętny do torowania ścieżki. Docieramy do zbiegu i tu zaczyna się kolejna jazda – chłopaki lecą równie szybko co ja, zbieg jest długi, nogi palą, a końca nie widać. W końcu jest – z zaśnieżonej szerokiej ścieżki wpadamy na wyłożoną płytami drogę do miasta. Śniegu prawie nie ma, za to jest ślisko. Przy spotkaniu z biegającym luzem psem (brawa dla właściciela), jeden z chłopaków upada. Dawno nie widziałem, żeby ktoś tak szybko się podnosił. Zakręt, mostek, prosta – to koniec pętli. dwie godziny z kwadransem – pierwsza zaliczona.

DSC04948

W tym miejscu relacja przekroczyła już tysiąc słów. Kończy się też jej najpozytywniejsza część. Najwyższa więc pora, starym zwyczajem, streszczać się do mety.

Michał wychodzi na swoją pętlę. Wracam do bazy, przebieram się, odpoczywam, rozmawiam. W końcu zasypiam na godzinę. Budzi mnie telefon od Michała, a później budzik. Ogarniam się i wychodzę do strefy zmian. Po około 15 min czekania jest – wygląda średnio i mówi, że coś sobie zrobił z kostką. Każę mu czekać w bazie na zmianę i biegnę. Jest ciemno, ale za to łatwiej. Śnieg na podejściach jest udeptany. Nie mam kogo chwytać za pięty, więc trzymam swoje tempo, które okazuje się niezłe. Widoki na rozświetlone Bielsko są niesamowite. Docieram w okolice stoku narciarskiego, wiatr daje tutaj czadu – dostaję po twarzy drobinami śniegu i tracę czucie w szczęce. Tym razem impreza zapracowała na swoją nazwę. Następną pętlę muszę robić z chustą na policzkach. Wspinam się na szczyt, starając się nie guzdrać w cięższych miejscach, tylko po prostu je przetrwać. Podejście pod schronisko i zaczyna się powrót. Niestety, wiatr zasypuje otwarty teren, przede mną zawodników tylu, co kot napłakał. W pewnym momencie nie widać żadnych śladów i lecę na czuja – na szczęście pamięć dobrze podpowiada lewą stronę zbocza. Docieram do strumienia, tutaj jest lepiej. Wiatru nie ma, śnieg ubity, ale dalej jest go dużo i amortyzuje bieg. Wpadam między drzewa i widzę, że część ludzi zjeżdżała tutaj na tyłku. Sam pozostaję przy zjazdach „na kucaka” które wypraktykowałem rok temu. Dalej ścieżka jest już przyjemnie wydeptana i równym tempem dreptam do bazy – czas o 6 minut lepszy niż przy pierwszej pętli.

Wyganiam młodego na drugą pętlę. Pomaga mi w tym Ania, tak więc w końcu daje się przekonać. Ja zbieram się do snu. Po dwóch pętlach jestem już trochę zmęczony, ale coś tam się jeszcze energii tli. Około północy, po czterech godzinach, wraca Michał. Mówi, że następnej już nie zrobi. Analizuję swój stan – mogę pociągnąć ze dwie pętle z rzędu, może ostatecznie trzy. W najlepszym wypadku przebiłbym zeszłoroczny wynik o jedną pętlę. Z drugiej strony mam akurat sił, żeby usiąść za kółko i dowieźć nas do domu. Wolna niedziela kusi. Kusi tak bardzo, że postanawiam zwinąć manatki. Dzisiaj leń wygra.
Na odchodnym Organizatorzy zapraszają nas jeszcze na BUTa. Cóż – tam będzie trudniej zejść w połowie zabawy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *