Archiwa kategorii: Zawody

Tata biega… jak umie. Miękinia półmaraton

Wstaliśmy rano i z lekką obsuwą zebraliśmy się do wyjazdu. Znaczy Mama i Tata się zebrali, bo ja spałam. A obsuwa była, bo trzeba było spakować nie tylko mnie ale jeszcze tatę (albo odwrotnie?). Tata mówi, że najgorzej jechać na zawody, które są pod domem, bo wtedy zawsze człowiek myśli, że zdąży, a koniec końców jest na styk. Ja tam nie wiem, tutaj na styk nie byliśmy, był nawet czas pojeździć moim wózkiem w ramach rozgrzewki. Przecież szkoda by było nie skorzystać z takiego słońca.

20170409_101304
Tata jakiś taki zdziadziały w

Czytaj Dalej ->

Punkt wyjścia

Wrzesień 2016. Bieg IT, dystans 10 kilometrów, jak się później okazało, „prawie”. Ruszam spokojnie, wyprzedza mnie tłum ludzi, ale z każdym kilometrem rozkręcam się coraz bardziej. To ja zaczynam wyprzedzać, a średnie tempo na zegarku sukcesywnie spada, by w końcu przekroczyć granicę 4:00 min/km. Ostatecznie dorzucam do pieca na kilkaset metrów przed metą, łykając jeszcze kilka pozycji do góry i kilkanaście sekund na wyniku. Średnia z Garmina 3:57, a oficjalny czas 38:19. Mniejsza o to, że była to życiówka – to był jeden z dwóch najlepiej rozegranych przeze mnie biegów w życiu (obok Półmaratonu Ślężańskiego z tego samego roku).

Od tamtego czasu minęło pół roku. Pół roku które trudno nazwać rozwojem. Nadszedł marzec,  nadeszła Wrocławska Dycha, zawody które już raz były dla mnie odbiciem się od dołka. (dygresja: poznałem wtedy Łukasza – Dzika – Rakowskiego, wyglądał trochę inaczej niż dzisiaj i inne prędkości rozwijał).
Wrocławska to taki fajny punkt startowy dla sezonu. Pogoda już pozwala na strój startowy

Czytaj Dalej ->

Harda Suka – część III – kończmy to w końcu…

Poprzednia część historii

Otwieram oczy i przez mokrą szybę widzę szarą okolicę. Wstał już dzień, ale ostatnie co bym powiedział, to to, że jest „jasno”. Gosia na fotelu obok ma otwarte oczy. Nie chce mi się tam iść, na ten deszcz. Przecież już i tak się nie ścigam, a jazda w deszczu o poranku to nie jest coś, o czym marzę. Równie dobrze mogę iść spać dalej… Ustalamy, że jeszcze trochę pośpimy, może się rozpogodzi…

Otwieram oczy i ponownie widzę mokrą szybę, a za nią szarą okolicę. Nie, to bez sensu, nigdzie nie jadę. Wstaniemy tak, żebym zdążył w limicie skończyć rower. Jak się prześpię, to pieszą trasę na spokojnie do wieczora zrobię. Przecież to tylko 55 kilometrów po górach. A tak, może jeszcze się rozpogodzi…

Otwieram oczy i… tak, znowu mokra szyba. I znowu ten szary świat. Ale chyba nie pada, a jak nawet to nie tak strasznie. No i już za bardzo nie ma wyjścia, jak chcę się wyrobić w limicie to pora ruszać. Gosia chyba myślała, że już nie ruszę – spałem grubo ponad trzy godziny. Ale jednak ruszam. Do końca roweru jakieś 30 kilometrów,

Czytaj Dalej ->

Harda Suka – część II

Wcześniejszą część zmagań na Hardej znajdziecie tutaj

Rower

Wybiegam ze strefy, obok mnie Gosia biegnie z rowerem na plecach. Szybka zmiana butów i zaczynamy zabawę. Bez zapierniczania, w końcu przede mną cała noc tej zabawy. Pierwsze kilometry nawigacyjnie ok, mimo że na razie nie ma koło mnie Gosi. Mijam wioskę za wioską, a na niebie coraz bardziej ponuro. W końcu pojawia się wiatr, a pojedyncze krople zmieniają się w solidny deszcz. Dalej jednak jest ciepło, Mimo to biorę od Gosi kurtkę. Trasa może nie jest jeszcze górzysta, ale w tym deszczu trafia się kilka zjazdów które przyprawiają o gęsią skórkę. Za to pod górę jadę miejscami w regularnym strumieniu, wody dookoła jest coraz więcej. W końcu największy deszcz przechodzi, a do mnie podjeżdża organizator i pyta, czy zimno. W sumie to nie – mimo totalnego zlania wodą jest mi ciepło. Jest dziwnie, dookoła mnie tylko supporterzy i organizatorzy, czuję się jakbym był jedyną osobą na tym wyścigu. Dlatego gdy dogania mnie inny zawodnik, czuję jakąś ulgę. Szybko zresztą zostawiam go z tyłu na pierwszym mocniejszym

Czytaj Dalej ->