Archiwa kategorii: Triatlon

Wpisy dotyczące triatlonu

Triathlon na licencję – czyli zawodowy amator

Dzisiaj na facebookowej grupie Triathlon (PL), padła informacja o artykule festiwalu biegowego:

Polski Związek Triathlonu wprowadza obowiązkowe licencje!

Tak, właśnie Festiwalu Biegowego, bo strona związku, podobnie jak facebook na ten temat milczy. Ciekawy obieg informacji mamy w tym naszym sportowym  światku… Postanowiłem zgłębić trochę temat, poczytać komentarze, poszperać na stronie związku i zobaczyć co w trawie piszczy.

Co wiadomo

Jak już wspomniałem, patrząc na stronę związku nie wiadomo na temat planów nic. Niemniej, w artykule cytowane są wypowiedzi wiceprezesa związku, wydaje się więc, że mowa o wiarygodnych informacjach.

  • Licencja będzie zapewniała ubezpieczenie zawodnika
  • Posiadacz licencji może liczyć na „zniżki u partnerów”
  • cytując artykuł: „Wpłaty mają zostać wykorzystane na szkolenie młodzieży, obozy, sprzęt, organizację aquathlonów i organizowanie naborów młodzieży”
  • Licencja ma być obowiązkowa na

    Czytaj Dalej ->

Młoda Mama traithlonistka – Triathlon IT 2017

To znowu ja, Martynka. Dawno nie pisałam, ale w sumie to nie było o czym, bo Tatko skutecznie unikał startowania. Ale w końcu przyszła impreza, której uniknąć nie mógł. Zwłaszcza, że namówił mamę, żeby też startowała!

Rodzice bardzo się bali tego startu. Bali się w zasadzie o wszystko. Nawet o mnie, że nie wytrzymam takiego wyjazdu. To już lepiej myśleliby o sobie, ja tam nie startuję – jeszcze (Tatko mówi, że sprawdzał, nie ma pianek do pływania dla dwumiesięcznych dziewczynek). Podobno mnie to się wszyscy boją i nikt nie chce ze mną zostać sam na sam. Jedna ciocia Iwona się zgodziła. Tatko mówi coś, że „miała jaja”, ale ja go nie do końca rozumiem… w każdym razie nie wiedziałam, że ludzie to się wszystkiego tak bardzo boją. A już całkiem to bał się Tatko, jak wieczorem przed wyjazdem wyszło, że nie ma roweru dla Mamy. Coś chyba czuł, że nie będzie zadowolona ze startu na szosówce… W końcu w sobotę z samego rana pojechaliśmy po ciocię i do Powidza.

Na miejscu byliśmy akurat. Zgodnie z regulaminem, Tatko odebrał pakiety do 11:00 (dokładnie o 10:59) a ja mogłam z ciocią posiedzieć nad Jeziorem. Ten Jezior to fajna

Czytaj Dalej ->

Harda Suka – część III – kończmy to w końcu…

Poprzednia część historii

Otwieram oczy i przez mokrą szybę widzę szarą okolicę. Wstał już dzień, ale ostatnie co bym powiedział, to to, że jest „jasno”. Gosia na fotelu obok ma otwarte oczy. Nie chce mi się tam iść, na ten deszcz. Przecież już i tak się nie ścigam, a jazda w deszczu o poranku to nie jest coś, o czym marzę. Równie dobrze mogę iść spać dalej… Ustalamy, że jeszcze trochę pośpimy, może się rozpogodzi…

Otwieram oczy i ponownie widzę mokrą szybę, a za nią szarą okolicę. Nie, to bez sensu, nigdzie nie jadę. Wstaniemy tak, żebym zdążył w limicie skończyć rower. Jak się prześpię, to pieszą trasę na spokojnie do wieczora zrobię. Przecież to tylko 55 kilometrów po górach. A tak, może jeszcze się rozpogodzi…

Otwieram oczy i… tak, znowu mokra szyba. I znowu ten szary świat. Ale chyba nie pada, a jak nawet to nie tak strasznie. No i już za bardzo nie ma wyjścia, jak chcę się wyrobić w limicie to pora ruszać. Gosia chyba myślała, że już nie ruszę – spałem grubo ponad trzy godziny. Ale jednak ruszam. Do końca roweru jakieś 30 kilometrów,

Czytaj Dalej ->

Harda Suka – część II

Wcześniejszą część zmagań na Hardej znajdziecie tutaj

Rower

Wybiegam ze strefy, obok mnie Gosia biegnie z rowerem na plecach. Szybka zmiana butów i zaczynamy zabawę. Bez zapierniczania, w końcu przede mną cała noc tej zabawy. Pierwsze kilometry nawigacyjnie ok, mimo że na razie nie ma koło mnie Gosi. Mijam wioskę za wioską, a na niebie coraz bardziej ponuro. W końcu pojawia się wiatr, a pojedyncze krople zmieniają się w solidny deszcz. Dalej jednak jest ciepło, Mimo to biorę od Gosi kurtkę. Trasa może nie jest jeszcze górzysta, ale w tym deszczu trafia się kilka zjazdów które przyprawiają o gęsią skórkę. Za to pod górę jadę miejscami w regularnym strumieniu, wody dookoła jest coraz więcej. W końcu największy deszcz przechodzi, a do mnie podjeżdża organizator i pyta, czy zimno. W sumie to nie – mimo totalnego zlania wodą jest mi ciepło. Jest dziwnie, dookoła mnie tylko supporterzy i organizatorzy, czuję się jakbym był jedyną osobą na tym wyścigu. Dlatego gdy dogania mnie inny zawodnik, czuję jakąś ulgę. Szybko zresztą zostawiam go z tyłu na pierwszym mocniejszym

Czytaj Dalej ->