Archiwa kategorii: Triatlon

Wpisy dotyczące triatlonu

Karkonoszman po raz piąty

Gdy o 6:00 w aucie zadzwonił budzik, nie poczułem klasycznego dla mnie rozdrażnienia. Przez głowę nie przelatywały myśli w stylu ” po jaką cholerę to robię?” czy „mogłem być teraz w domu”. Gdy otworzyłem oczy, miałem jasno postawione zadanie na ten dzień – ukończyć zawody w limicie i utrzymać status „All Finisher’a”. I gdy wysiadłem z auta, z masochistyczną przyjemnością zabrałem się za wykonanie tego zadania.

przed startem Może i nie wygląda zbyt profesjonalnie, ale hej, tym razem nic nie

Czytaj Dalej ->

Baw się dobrze – Gdynia IM 2017

Siedzę i popijam bezalkoholowego Lecha o smaku mięty (rozdawali czteropaki na mecie w Gdyni i choć nie przepadam za piwem, to ten smak już zawsze będzie dla mnie smakiem znad morza). Stukam w klawiaturę. Nogi bolą, reszta ciała w sumie też. Układ trawienny już powoli ogarnął, że jest po imprezie. I jak to po dobrej weekendowej imprezie, dociera do mnie, że gdzieś wcięło poniedziałek i jest wtorek wieczór. Widać imprezowanie nad morzem musi być z przytupem.

Szczerze mówiąc, to ja tak naprawdę nie lubię tego IM w Gdyni. Tak po prostu, nie trafiła do mnie, nie zakochaliśmy się od pierwszego, ani nawet od drugiego wejrzenia. Za to w tradycję już weszło, że te wyjazdy są namiastką urlopów, na które jakoś nie trafiało mi się w ostatnich latach jeździć zbyt często. Dalej ciepło wspominam pierwszy wyjazd, w 2015 roku, gdy nocowaliśmy w Kolbudach nad jeziorem.Może to głupio zabrzmi, ale byliśmy wtedy jak takie triathlonowe dzieci, które wybrały się na dużą imprezę. Jak patrzę dzisiaj na MAXiak’ów: Krzyśka, Kacpra, Romka, Kaśkę i innych – to przebyliśmy długą drogę od tamtego wyjazdu… Oj chyba mi jednak to bezalkoholowe nie służy, bo na wspominki

Czytaj Dalej ->

Harda, Harda i po Hardej

Ostatnie dni upływają mi na przemyśleniach. Może nie tak grubo, jak rozważania nad „sensem wszystkiego” na Karkonoszmanie, ale jednak myśli około-filozoficznych jest sporo. A mimo tego całego mędrkowania nie bardzo wiem co napisać w kontekście wyjazdu w Tatry.

Mogę napisać, że drugi raz w życiu zastanawiałem się, czy właśnie przyszło mi umierać. Zapewne jak to czytasz, to myślisz o mnie tak, jak pomyślał organizator na końcu odcinka pływackiego. Pitu pitu, zmęczyłeś się, było ciężko, ale nie przesadzajmy z tym patosem. I w zasadzie to chyba nikt poza Gosią do teraz mi nie uwierzył, jak mówię, że żegnałem się z życiem. I może niech tak pozostanie.

Mogę napisać, że po wyjściu z wody psychikę miałem w strzępach. No, ale hej, przecież zrobiłeś odcinek w limicie, zawody się dopiero zaczynają i zasadniczo pion trzymasz całkiem okej. Wsiadaj na rower, jakoś to będzie. Wsiadłem, chociaż spróbować, ale chyba nikt nie zrozumie, jak wielkim wyzwaniem było ubrać się i wsiąść na siodełko, zamiast zawinąć w koc i schować w aucie.

Mogę wreszcie napisać, że na rowerze zarówno głowa jak i ciało nie chciały mnie słuchać. Że na byle

Czytaj Dalej ->