Archiwa kategorii: Bez kategorii

zamieć ikona

Zamieć – odsłona III

„O, jak ładnie”

„O ja pier*** jak tu pięknie”

„O kur**, tu jest zaje** ”

Pierwsza runda biegu na Skrzyczne upłynął mi w dużej mierze na przekleństwach. Na szczęście nie były one spowodowane (przynajmniej w tych momentach) tańczeniem na lodzie, czy ostrymi podejściami.  Temperatura na lekkim plusie, lekki wiatr, lekkie słońce. Nawet śnieg zmieszany z błotem byłem gotów nazwać lekkim w tych warunkach. No bo jak można nie odrywać się od ziemi w takich okolicznościach?



Czytaj Dalej ->

logo_przejscie

(X)II Przejście Kotliny Jeleniogórskiej

– Ile to jest 36 x 3?
– Co?
– No, dawaj, ile to jest?
– … … … 108?
– Dobrze, lecimy dalej

Sentymentalny jakiś ten rok. Nie tak dawno wspominałem pierwszą Izerską Wyrypę (wpis niestety uciekł w trakcie zmiany serwerów), a teraz poszedłem jeszcze dalej – wróciłem tam, gdzie wszystko się zaczęło. Kotlina Jeleniogórska była moim pierwszym startem na długim dystansie i pierwszą porażką, w długiej linii porażek. Porażką, która narobiła mi smaka i pchnęła w stronę ultra. I musiało minąć sześć długich lat, żebym ponownie stanął na starcie w Szklarskiej Porębie.

Strach i podniecenie. te dwa uczucia towarzyszyły mi już na kilka tygodni przed startem. Znaczy, zależy mi, ale znaczy też, że może być różnie. Bo prawie 140 kilometrów, nawet jeśli zakładaliśmy z Gosią marsz a nie bieg, potrafi dać w kość. Zwłaszcza w górach. Zwłaszcza (!) przy złej pogodzie. Był więc strach. Ale jednak więcej było podniecenia.

Prolog:
Karkonosze były takie, jakimi je zapamiętałem. Sznur światełek przed nami i za nami na szlaku. Cisza i ciemność dookoła.

Czytaj Dalej ->

3 x 1/2 IM

Sezon TRI ma się ku końcowy, przynajmniej w moim wykonaniu. Być może jeszcze spontanicznie coś tam wpadnie, ale zasadniczo co było do zrobienia w tym sezonie, zrobiłem. Trzy połówki to i tak aż nad to, jak na moją głowę.

Zaczęło się szaloną wyprawą na Karkonoszmana – jechać, nie jechać, „dobra, to jednak jechać”. Zimny, deszczowy, ponury poranek przed startem, uparta myśl w głowie, co ja tutaj w zasadzie robię… i nagle trzeba biec do wody, bo to już. Tak pobiegłem, że zrobiłem najlepszy czas na pływaniu ever (również jeśli idzie o samopoczucie). Wycieczka rowerowa po trasach, które znałem z obozu, kryzys, który przywitałem na totalnym luzie, a nawet z uśmiechem. Dziecięca radość z otrzymanych wafelków i przegapienie w tym wszystkim najtrudniejszego odcinka trasy. Po czymś takim bieg był już tylko podsumowaniem, które trzeba było zrobić, nie patrząc na styl. Wejście na przełęcz Karkonoską to mieszanina śmiechu i łez ze zmęczenia, a potem… a potem rura do mety i ściganie tych, którzy łyknęli mnie na dole. Szkoda, że nie było z kim się ciąć na Śnieżce, bo mogłoby być naprawdę ciekawie. Ostatecznie na szczycie melduję się

Czytaj Dalej ->

1379427_233485543482264_1685718834_n

II ZUK – Zimowe Karkonosze na wiosnę

Po raz kolejny przekonałem się, jak dobrze jest mieć rodzinę w okolicach bazy zawodów. W piątek przyjechaliśmy do rodziców Asi, wieczorem krótka wycieczka do Karpacza na odprawę (sierotka zapomniała dokumentów, ale udało się wynegocjować numerek startowy „na twarz”) i na badania dla uniwersytetu medycznego (na których wyszło, że ledwo stoję na nogach). Raz-dwa i można było wracać do Jeleniej, w dodatku z dobrą informacją – rano mogę jechać prosto do Jakuszyc, czyli pospać odrobinę dłużej. Krótkie ogarnięcie sprzętu i do wyra.

Powiem szczerze – nie wiedziałem, czego się spodziewać po tych zawodach. Z jednej strony od dwóch miesięcy trenuje dosyć intensywnie, z drugiej biegowo jestem przygotowany średnio. Niby forma jest, choróbska nie ma, z drugiej w czwartek czułem się naprawdę zmęczony. Do tego nie wiedziałem czego spodziewać się w górach, bo na dole szalała wiosna, a szczyty dookoła były pokryte śniegiem. Ostatecznie postanowiłem, że ruszę spokojnie, a później „się zobaczy”

„Tramwajem jadę na wojnę”
Poranek bez przygód

Czytaj Dalej ->