Miesięczne archiwum: Wrzesień 2014

Zaporowy Triathlon – zamknięcie sezonu z przytupem

Bieszczady. Jest w Polsce kilka miejsc, w które mam dalej, ale też kilkaset takich, w które mam bliżej. Tak naprawdę, to sam nie umiem powiedzieć, dlaczego postanowiłem jechać na te zawody. Pewnie to sprawka tej całej BO, no bo jaki inaczej to wyjaśnić? W każdym razie Asia jak zobaczyła, ile kilometrów trzeba przejechać postawiła sprawę jasno – „jedź ty sobie sam, co?”

Na moje szczęście, nie zostałem sam – w dniu wyjazdu znalazłem sobie towarzystwo w postaci Michała. Chłopak młody, właśnie zaczyna biegać, a jazda autem dalej sprawia mu frajdę – idealny kompan na taką wyprawę. Plan zakładał wyjazd w piątek wieczorem, dojazd wczesnym rankiem, start i powrót na sobotę wieczór. Masakra w czystym wydaniu, taka, jak za startów w PMNO (z pozdrowieniami dla RDS’u). Wyjechaliśmy więc z Wrocławia o 23:00, a droga, mimo remontów A4 poszła nam szybko – o 4:00 byliśmy na miejscu, mogliśmy więc podziwiać zaporę Myczkowską w pierwszych promieniach słońca, które gdzieś tam próbowało się przebijać na wschodzie. Nie pozostawało nic innego, jak pójść

Czytaj Dalej ->

XXXII Maraton Wrocław – debiut w zającowaniu

W nocy z piątku na sobotę imprezowałem. Ostro imprezowałem, przyznaję – do białego rana. Impreza nazywała się Orienter i polegała na wałęsaniu się po lasach i polach na rowerze. Niby udało się coś odespać w sobotę, ale niedzielny poranek skończył się ciężkim bojem z siłą grawitacji. Pierwsza poddała się Asia, która chciała się ze mną zabrać do Wrocławia – stwierdziła, że załatwi to innym razem. To dawało mi jakieś pół godziny dodatkowego drzemania. Oczywiście, gdy po pół godziny zadzwonił budzik, wcale nie było łatwiej. Podniosłem się na styk z czasem, aby półprzytomnym spakować potrzebne rzeczy. Poszło dobrze, zapomniałem tylko o żelach. I buty po piątkowym balu musiałem zabrać mokre.

To wszystko brzmi co najmniej dziwnie, jeśli wziąć pod uwagę, że miałem tego dnia do przebiegnięcia maraton. Na moje szczęście, nie był to jednak nie miał być zwykły maraton. Tym razem, dla odmiany, miał to być najwolniejszy maraton w moim życiu. Miesiąc przed zawodami zmieniłem status z „zawodnik” na „zając” i postanowiłem prowadzić grupę na złamanie 4 godzin i 45 minut.

Czytaj Dalej ->

Zaległe relacje I – I Triathlon Łużycki

Poniższy wpis rozpoczyna serię „przegapionych relacji”. Nazbierało się tego trochę, a mi żona znowu wchodzi na głowę, że nic nie publikuję. Na pierwszy ogień idzie więc to, co działo się na początku sezonu, czyli start w triathlonie Łużyckim w Zgorzelcu. Zawody wykopała z otchłani internetu Asia, najpierw mnie na nie zapisując, a później bojąc mi się o tym powiedzieć. Blisko, za darmo i na krótkim dystansie (połowa olimpijki) – więc w sumie na co niby miałem być zły?

Działo się to 25 maja tego roku. Można powiedzieć, że lato zagościło w naszym kraju w pełni, od rana piękne słońce i czyste niebo. Wyjeżdżamy z domu bladym świtem i autostradą kierujemy się na Zgorzelec. Tam po krótkich zawirowaniach docieramy na niemiecką stronę miasta, a dokładniej nad pobliskie jezioro, gdzie zlokalizowano bazę i start. Gdy dojeżdżamy, jest tam już sporo ludzi, mimo, że do startu jeszcze sporo czasu. O dziwo, przeważają ludzie, którzy wyglądają jakby zamierzali się co najmniej na połówkę IM. Na miejscu wychodzi, że nie wszyscy doczytali regulamin i nie wiedzą, że do T2 (zlokalizowanej już po polskiej stronie Zgorzelca), rzeczy trzeba dostarczyć sobie

Czytaj Dalej ->