Miesięczne archiwum: Kwiecień 2013

musli I

Smaczne testy czas zacząć – Musli.takjakchcesz.pl

Wracając z Dębna doszedłem do wniosku, że zdecydowanie za często wadliwym elementem w moim organizmie jest układ pokarmowy. Trzeba by coś z tym zrobić. I jakby w odpowiedzi na te rozważania, trafiła mi się okazja przetestowania produktów firmy Musli.takjakchcesz.pl

Oferta firmy jest kierowana między innymi do sportowców (specjalnie przygotowane mieszanki przed i po wysiłku), jest nawet produkt dedykowany

Czytaj Dalej ->

koniec

… zwykła, ludzka radość – Dębno maraton cz. II

Wbiegam do miasta. Ufff, nareszcie, te podbiegi pod wiatr to nie była najprzyjemniejsza część. Wbrew oczekiwaniom nie skręcam znowu na dużą pętle, a trasa kieruje mnie do centrum. Aha, czyli mała pętla, później duża i mała na finisz. Nieznacznie zwalniam, obecna średnia wychodzi na 3:28, a ja powoli zaczynam czuć że przeholowałem. „Ale spokojnie Kociołek, jak na razie jakoś leci”. Pętla po mieście to jednak fajna rzecz – znowu tłumy ludzi, trasa kręta, nie można narzekać na monotonię. No i między budynkami znika wiatr. I tylko brzuch znowu wysyła jakiś dziwny sygnał – brrruuum i cisza. Przebiegam po raz kolejny obok miejsca gdzie spiker mówi do mikrofonu (tym razem bez wygłupów, wystarczy że na pierwszej pętli wymówił do mikrofonu moje nazwisko 😛 ). znowu jest w dół i tempo nieznacznie wzrasta. Jeszcze kawałek i wybiegam z miasta.



Czytaj Dalej ->

na ulicach miasta

Bo w sporcie najważniejsza jest.. 40. Maraton Dębno

Godzina 3:30 am. Pora wstawać. Asia przewraca się na drugi bok – też wcześnie wstanie, ale tym razem nie jedzie ze mną. To będzie pierwszy raz od bardzo dawna, gdy nikt nie będzie mi towarzyszył na zawodach. Jeszcze nie do końca przytomny dopakowuję rzeczy na bieg, budzę się przy „śniadaniu” (kolacji?). Za kółkiem lepiej nie spać. Jakbym jednak miał problem, to konwój więźniów przed Lubinem skutecznie otwiera mi oczy (tyle radiowozów o takiej godzinie to ciekawe przeżycie). Dalej trasa leci szybko, trzeba tylko zwalniać przy kolejnych radarach. Wyrosło ich trochę od ostatniego razu jak tędy jechałem. Po siódmej docieram do Gorzowa, gdzie po kwadransie lokalizuję w końcu restaurację z literką M. Jeszcze zatankować i można lecieć do Dębna. Mylę trasę i ostatecznie wjeżdżam od strony Kostrzyna – jest okazja zerknąć na trasę biegu, widać już punkty odżywcze. Dojeżdżam do centrum do bazy, gdzie prawie rok temu startowała Nocna Masakra. Miłe wspomnienia tamtej walki z Braćmi Grabowskimi.Odbieram pakiet startowy i idę na godzinkę spać w aucie. Po porannym mrozie nie ma śladu, a słońce miło przygrzewa przez

Czytaj Dalej ->

Marzniemy w marcu – podsumowanie

Oj, nie był to dobry miesiąc. A raczej nie był dobry treningowo, bo w życiu prywatnym nie narzekam. Widać coś za coś. Zaraz po Wrocławskiej 10. dopadła mnie choroba. Paskudna dosyć, bo moją Asię trzyma do dzisiaj. Ja wykaraskałem się po dwóch tygodniach. A potem było dużo formalizmów w życiu prywatnym, załatwianie, jeżdżenie, spotkania… no i na koniec święta. Jakieś to usprawiedliwienie niby jest, ale przejdźmy do konkretów:

w tym miesiącu biegałem… 4 razy. Aż mi głupio jak patrzę na endomondo. Do tego jeden z tych biegów to start na Wrocławskiej. I jeden po krwiodawstwie (oj, tętno 190+ bolało…) W sumie 30km. Marność nad marnościami. Już w najbliższy weekend jednym startem w zawodach przebiję ten wynik.

O pływaniu mogę powiedzieć, że… go nie było ani razu. Nic. Null.

No dobra, to było cokolwiek w tym miesiącu? Tak! Jest coś, co się udało. A nawet są dwie rzeczy. Po pierwsze rower. Na stojaku posiedziałem 10 razy więcej niż w lutym. W dodatku udało mi się pojechać do wrocławia. Coś, co latem jest przyjemnym treningiem tu zrobiło się naprawdę wymagającym sprawdzianem. Jest dobrze, czuję że nawyk

Czytaj Dalej ->