Jest plan

Prosty plan, trzeba dodać. Zazwyczaj jak już pisałem plany, to były na kilka miesięcy, zawierał periodyzację, zakładał wyniki pośrednie które powinienem osiągać, żeby w razie czego móc dokonać korekty… a po najwyżej miesiącu plan szedł w odstawkę, a ja wracałem do wolnej amerykanki jeśli chodzi o to kiedy i na jaki trening idę.

Dlatego teraz plan jest prosty. I rozpisany do końca stycznia. 25 treningów i dwa starty. Średnio jeden basen, dwa rowery (rolka) i trzy biegi. Tyle co kot napłakał, ale na dzień dzisiejszy i tak będę dumny, jeśli zaliczę powyżej 20 z tych zaplanowanych treningów. Dzisiaj zaliczyłem pierwszy, zostało jeszcze 24. Celem jest na dzisiaj wychodzenie na treningi, a nie ich jakość czy długość.

Przy okazji pierwszy raz od… roku? Cyba tak – pierwszy raz od jakiegoś roku przebiegłem na treningu 25 kilometrów. Dłuży się to to niesamowicie, na zawodach jednak jest to łatwiejsze. Czas pokaże, czy praca nad wytrzymałością pomoże uniknąć zgonów na dłuższych zawodach.

Czytaj Dalej ->

Bez grubej kreski, za to z wnioskami

Nie lubię takich wpisów. Wszyscy blogerzy sportowi je piszą. „co było w xxxx” i „co będzie w xxxx+1”. Czasami w jednym wpisie, czasami w dwóch. Jak kogoś poniesie to machnie tego jeszcze więcej. I człowiek przez cały grudzień przebija się na przemian przez „podsumowania” i „plany”.

A z drugiej strony za bardzo nie da się inaczej pisać w tym okresie. Zapisy na duże imprezy już ruszyły, dla tych średnich znane są już przynajmniej terminy. Te mniejsze często można już powiedzieć „że będą”. Wszyscy siedzą, planują, ustawiają, porównują i wydają furę kasy na wpisowe. Poważnie, grudzień w kategorii wydatków potrafi być jakąś masakrą, nie tylko przez prezenty. Swoją drogą, może to dobry patent na prezent dla sportowca? Talon na wpisowe na zawody?…

No dobrze, ale przejdźmy już do tego całego podsumowywania i planowania:

To był trudny rok…

Nie, nie był zły. Nie był też nieudany. Był po prostu trudny. Życie prywatne mocno zdefiniowało ilość czasu który mogłem poświęcić na sport. W liczbach na dzisiaj wygląda to tak:

Harda Suka – część III – kończmy to w końcu…

Poprzednia część historii

Otwieram oczy i przez mokrą szybę widzę szarą okolicę. Wstał już dzień, ale ostatnie co bym powiedział, to to, że jest „jasno”. Gosia na fotelu obok ma otwarte oczy. Nie chce mi się tam iść, na ten deszcz. Przecież już i tak się nie ścigam, a jazda w deszczu o poranku to nie jest coś, o czym marzę. Równie dobrze mogę iść spać dalej… Ustalamy, że jeszcze trochę pośpimy, może się rozpogodzi…

Otwieram oczy i ponownie widzę mokrą szybę, a za nią szarą okolicę. Nie, to bez sensu, nigdzie nie jadę. Wstaniemy tak, żebym zdążył w limicie skończyć rower. Jak się prześpię, to pieszą trasę na spokojnie do wieczora zrobię. Przecież to tylko 55 kilometrów po górach. A tak, może jeszcze się rozpogodzi…

Otwieram oczy i… tak, znowu mokra szyba. I znowu ten szary świat. Ale chyba nie pada, a jak nawet to nie tak strasznie. No i już za bardzo nie ma wyjścia, jak chcę się wyrobić w limicie to pora ruszać. Gosia chyba myślała, że już nie ruszę – spałem grubo ponad trzy godziny. Ale jednak ruszam. Do końca roweru jakieś 30 kilometrów,

Czytaj Dalej ->

Harda Suka – część II

Wcześniejszą część zmagań na Hardej znajdziecie tutaj

Rower

Wybiegam ze strefy, obok mnie Gosia biegnie z rowerem na plecach. Szybka zmiana butów i zaczynamy zabawę. Bez zapierniczania, w końcu przede mną cała noc tej zabawy. Pierwsze kilometry nawigacyjnie ok, mimo że na razie nie ma koło mnie Gosi. Mijam wioskę za wioską, a na niebie coraz bardziej ponuro. W końcu pojawia się wiatr, a pojedyncze krople zmieniają się w solidny deszcz. Dalej jednak jest ciepło, Mimo to biorę od Gosi kurtkę. Trasa może nie jest jeszcze górzysta, ale w tym deszczu trafia się kilka zjazdów które przyprawiają o gęsią skórkę. Za to pod górę jadę miejscami w regularnym strumieniu, wody dookoła jest coraz więcej. W końcu największy deszcz przechodzi, a do mnie podjeżdża organizator i pyta, czy zimno. W sumie to nie – mimo totalnego zlania wodą jest mi ciepło. Jest dziwnie, dookoła mnie tylko supporterzy i organizatorzy, czuję się jakbym był jedyną osobą na tym wyścigu. Dlatego gdy dogania mnie inny zawodnik, czuję jakąś ulgę. Szybko zresztą zostawiam go z tyłu na pierwszym mocniejszym

Czytaj Dalej ->