O podbiegach słów kilka

Po Półmaratonie Karkonoskim chodzi za mną myśl, aby napisać coś o technice biegania w górach. Z jednej strony nie potrafiłbym powiedzieć, że jestem specjalistą i autorytetem, do Marcina Świerca to raczej mi daleko. Z drugiej, jak widziałem niektórych startujących w Szklarskiej, to ręce mi opadały (na szczęście na uda, żeby robić swoją robotę). By ostatecznie rozwiać moje wątpliwości poszukałem dzisiaj w internecie poradnika odnośnie podbiegów który mógłbym polecić amatorom górskiego zarzynku i… z braku takowego siadamy z Martyną do pisania (to znaczy, Martyna właśnie poszła spać i można usiąść do pisania). Na warsztat lądują podbiegi i podejścia.

Bieg górski wygrywa się na zbiegach,

ale przegrać go najłatwiej właśnie na podbiegach. O ile nie walczysz o czołowe miejsca, to powinieneś przede wszystkim uważać, żeby nie przegrać. Możesz się spalić szturmując pierwszą na trasie ścianę, możesz zmarnować kupę niepotrzebnej energii przez złą technikę podchodzenia, albo nawet, zmarnować zbyt wiele czasu człapiąc do góry i w efekcie nie zmieścić się w limicie. Podbieganie, zarówno w biegach anglosaskich jak i alpejskich, to

Czytaj Dalej ->

Półmaraton Karkonoski 2017 – nie proście, a będzie wam dane

– Wstawaj
– Ale mi się nie chce…
– Wyczerpałeś już limit „nie chce mi się” na ten rok, wstawaj.

Cóż, Gosia jak zawsze ma rację. mimo, że na zegarku była piąta z minutami, nie pozostawało nic innego jak wstać i zebrać się do auta. Gosia usiadła za kółko, więc spałem na równi z Martyną. Pobudka w okolicach Jeleniej Góry, ostatnie kilometry i z zaplanowanym zapasem meldujemy się w Szklarskiej Porębie. Odbieramy pakiet, ostatnie przygotowania (tym razem niczego nie zapomniałem!) i pozostało nam już tylko czekać na start.

karkonoski1fot. Gosia

I… i to by było w zasadzie na tyle. Nie było planów. Nie było

Czytaj Dalej ->

Harda, Harda i po Hardej

Ostatnie dni upływają mi na przemyśleniach. Może nie tak grubo, jak rozważania nad „sensem wszystkiego” na Karkonoszmanie, ale jednak myśli około-filozoficznych jest sporo. A mimo tego całego mędrkowania nie bardzo wiem co napisać w kontekście wyjazdu w Tatry.

Mogę napisać, że drugi raz w życiu zastanawiałem się, czy właśnie przyszło mi umierać. Zapewne jak to czytasz, to myślisz o mnie tak, jak pomyślał organizator na końcu odcinka pływackiego. Pitu pitu, zmęczyłeś się, było ciężko, ale nie przesadzajmy z tym patosem. I w zasadzie to chyba nikt poza Gosią do teraz mi nie uwierzył, jak mówię, że żegnałem się z życiem. I może niech tak pozostanie.

Mogę napisać, że po wyjściu z wody psychikę miałem w strzępach. No, ale hej, przecież zrobiłeś odcinek w limicie, zawody się dopiero zaczynają i zasadniczo pion trzymasz całkiem okej. Wsiadaj na rower, jakoś to będzie. Wsiadłem, chociaż spróbować, ale chyba nikt nie zrozumie, jak wielkim wyzwaniem było ubrać się i wsiąść na siodełko, zamiast zawinąć w koc i schować w aucie.

Mogę wreszcie napisać, że na rowerze zarówno głowa jak i ciało nie chciały mnie słuchać. Że na byle

Czytaj Dalej ->

Złapać Hardą za…

Boję się. Boję się bólu. Boję się bólu trwającego przez ponad dobę, bo nastawiam się na wynik w okolicach limitu. Ale chyba najbardziej boję się tego, że gdzieś na którymś etapie okaże się, że cały ten ból był niepotrzebny, bo i tak nie dotrę do mety. Ale koniec końców i tak tam wystartuję. Harda Suka nadchodzi i trzeba ją złapać za… chyba za rogi, bo za tyłek to już mi nie wystarczy bezczelności, nie ta liga. Przynajmniej nie w tym roku.

Dla mniej wtajemniczonych – Harda Suka, albo jak się ostatnio przyjęło po prostu „Harda”, to taki Ironman z haczykiem. Tylko że w Tatrach. Jak ktoś lubi cyferki to proszę, wystarczy spojrzeć na logo. Tak, wszystko w kilometrach, również to w pionie:

harda

Czytaj Dalej ->