Harda Suka – część III – kończmy to w końcu…

Poprzednia część historii

Otwieram oczy i przez mokrą szybę widzę szarą okolicę. Wstał już dzień, ale ostatnie co bym powiedział, to to, że jest „jasno”. Gosia na fotelu obok ma otwarte oczy. Nie chce mi się tam iść, na ten deszcz. Przecież już i tak się nie ścigam, a jazda w deszczu o poranku to nie jest coś, o czym marzę. Równie dobrze mogę iść spać dalej… Ustalamy, że jeszcze trochę pośpimy, może się rozpogodzi…

Otwieram oczy i ponownie widzę mokrą szybę, a za nią szarą okolicę. Nie, to bez sensu, nigdzie nie jadę. Wstaniemy tak, żebym zdążył w limicie skończyć rower. Jak się prześpię, to pieszą trasę na spokojnie do wieczora zrobię. Przecież to tylko 55 kilometrów po górach. A tak, może jeszcze się rozpogodzi…

Otwieram oczy i… tak, znowu mokra szyba. I znowu ten szary świat. Ale chyba nie pada, a jak nawet to nie tak strasznie. No i już za bardzo nie ma wyjścia, jak chcę się wyrobić w limicie to pora ruszać. Gosia chyba myślała, że już nie ruszę – spałem grubo ponad trzy godziny. Ale jednak ruszam. Do końca roweru jakieś 30 kilometrów,

Czytaj Dalej ->

Harda Suka – część II

Wcześniejszą część zmagań na Hardej znajdziecie tutaj

Rower

Wybiegam ze strefy, obok mnie Gosia biegnie z rowerem na plecach. Szybka zmiana butów i zaczynamy zabawę. Bez zapierniczania, w końcu przede mną cała noc tej zabawy. Pierwsze kilometry nawigacyjnie ok, mimo że na razie nie ma koło mnie Gosi. Mijam wioskę za wioską, a na niebie coraz bardziej ponuro. W końcu pojawia się wiatr, a pojedyncze krople zmieniają się w solidny deszcz. Dalej jednak jest ciepło, Mimo to biorę od Gosi kurtkę. Trasa może nie jest jeszcze górzysta, ale w tym deszczu trafia się kilka zjazdów które przyprawiają o gęsią skórkę. Za to pod górę jadę miejscami w regularnym strumieniu, wody dookoła jest coraz więcej. W końcu największy deszcz przechodzi, a do mnie podjeżdża organizator i pyta, czy zimno. W sumie to nie – mimo totalnego zlania wodą jest mi ciepło. Jest dziwnie, dookoła mnie tylko supporterzy i organizatorzy, czuję się jakbym był jedyną osobą na tym wyścigu. Dlatego gdy dogania mnie inny zawodnik, czuję jakąś ulgę. Szybko zresztą zostawiam go z tyłu na pierwszym mocniejszym

Czytaj Dalej ->

Runda 3: O tym, jak nie dałem się wydymać Hardej Suce

Na wstępie małe wyjaśnienie odnośnie tytułu. Utrzymuje się on w konwencji organizatorów, którzy sami już wspominają, że mają problem z nazwą imprezy. Jeśli dla kogoś zbyt wulgarnie – przepraszam i obiecuję, że sprowadza się to w zasadzie tylko do tytułu. No, może jeszcze do mojego dymania na Ciemniaka…

Późny wieczór, gdzieś po Słowackiej stronie gór. W nogach prawie 100 kilometrów, a ja po ostatnim zjeździe mam lekki kryzys. Mówię Gosi, że jak trafi otwarty CPN, to stajemy na kawę i 10 minut przerwy… otwarty CPN w nocy na Słowacji? Życzę szczęścia. Mimo to, jakieś 20 minut później zatrzymuję się na ciepłą kawę i bułkę z serem. Nie da się? Powiedzcie to Gosi i czekajcie na efekty…

O zawodach

Tatry. Często tu ostatnio bywam, traktuję je trochę jak poligon doświadczalny w kontekście planowanych podbojów wysokogórskich. Na ostatnich wyjazdach równie ciekawe jak same góry, były drogi dojazdowe. „O, tu też będzie Harda leciała”. Patrzyłem na asfalt i rozważałem, jak trudne będzie te dwieście kilometrów (z okładem) w siodełku. Roweru bałem się na Hardej najbardziej. Nocą, w

Czytaj Dalej ->

runda 1 i 2 – dwa zero dla mnie

Zaczęło się. Trzy weekendy, cztery starty. Jeden wariat i support który stara się go utrzymać przy życiu. Pierwsze dwa słowa padły w ostatnich dniach.

Runda 1 – Triathlon IT, Powidz, 17 czerwca, piątek

Rozgrzewka. Nie zajechać się, to miało być hasło tego dnia. Oczywiście można je sobie wsadzić w… no, ale jak tu nie poszaleć na branżowej imprezie? Dobrze chociaż, że w tym roku zdecydowałem się na udział w sprincie, a nie na olimpijce.
Rano dojeżdżając do bazy zawodów mieliśmy ulewę. Ucieszyłem się, w końcu piach który tak dawał się we znaki w poprzednich edycjach będzie trochę mniej grząski. Ucieszyłem się jeszcze bardziej, jak przestało padać na miejscu.Później już trochę mniej się ucieszyłem, jak złapało mnie na odstawianiu roweru do strefy. A już radość zniknęła całkowicie, jak z powodu warunków nasz start przełożono o 30 minut… do tyłu. No, ale opcja odwołania startu brzmiała jeszcze słabiej, więc trzeba było się sprężać i zdążyć wbić w piankę na czas.

Jeśli przy piance jesteśmy – coś dziwnie szybko mi woda do rękawa wpłynęła po wejściu do jeziora. okazało się, że na lewym barku mam

Czytaj Dalej ->